Dziennik Gazeta Prawana logo

"Kształt wody". Niema kobieta, Afroamerykanka, gej i Żyd kontra zły patriarchat, czyli baśń na nasze czasy [RECENZJA]

17 lutego 2018, 21:33
Ten tekst przeczytasz w 7 minut
Sally Hawkins i Octavia Spencer
Sally Hawkins i Octavia Spencer/Media
Donald Trump w iście zawrotnym tempie wyrósł na czołowy czarny charakter Hollywoodu. Tylko w ten weekend do polskich kin wchodzą dwa głośne tytuły o wymowie antytrumpowskiej. Jednak „Kształt wody” czyni przytyki pod adresem 45. prezydenta USA w formie o wiele bardziej aluzyjnej niż „Czwarta władza”, pozostając nade wszystko uniwersalną fantazją o dobrym Innym.

W nagrodzonym Złotym Lwem na festiwalu w Wenecji i nominowanym do 13 Oscarów „Kształcie wody” Guillermo del Toro powraca do ukochanego przez siebie motywu potworów, obecnych w każdym tytule w jego dorobku. Bohaterką filmu jest niema sprzątaczka Elisa Esposito (Sally Hawkins), która w latach sześćdziesiątych w tajnym rządowym laboratorium w Baltimore odkrywa człekokształtne monstrum ze skrzelami (Doug Jones), przetrzymywane w wodnej tubie i torturowane przez twardogłowego agenta Stricklanda (Michael Shannon), chodzący archetyp władzy i brutalnej męskiej siły. Elisa zakochuje się w morskim potworze i podejmuje próbę oswobodzenia go z niewoli, w czym mają jej pomóc sojusznicy pod silnym wezwaniem mniejszościowym: afroamerykańska koleżanka Zelda (Octavia Spencer), podstarzały homoseksualny sąsiad Giles (Richard Jenkins) i żydowsko-sowiecki naukowiec rozczarowany Ameryką (Michael Stuhlbarg). Słowem, wzorcowa ekipa wykluczonych ery segregacji rasowej i post-makkartyzmu, ale i w oczywisty sposób rezonująca z dzisiejszym klimatem politycznym.

Film jest przepięknie zrealizowany, utrzymany w typowej dla meksykańskiego reżysera barokowej estetyce, dalekiej jednak od płaskiego pastiszu. Del Toro przy wydatnej pomocy operatora Dana Laustsena, kostiumografa Luisa Sequeiry i zespołu scenografów swobodnie lawiruje między konwencjami, składając oczywiście bezpośredni hołd „Potworowi z Czarnej Laguny”, ale i odwołując się do eskapistycznych musicali z lat trzydziestych, zimnowojennych thrillerów, starego kina noir czy horrorów klasy B. Fantastyczną oprawę dopełnia rozbrajająco sentymentalna muzyka Alexandre’a Desplata, z urokliwymi melodiami wygrywanymi częstokroć na flecie i akordeonie. Cymes.

W centrum opowieści stoi wszakże ryzykowny koncept miłości międzygatunkowej, osobliwa Deltorowska wersja „Pięknej i Bestii” tudzież „Małej Syrenki”. W rękach mniej wizjonerskiego filmowca taki projekt prawdopodobnie zaowocowałby bezpieczną, familijną komedią romantyczną z elementami fantasy, czymś w rodzaju „Plusku” à rebours. Zamiast tego jednak twórca „Labiryntu fauna” kolejny raz z imponującym wyczuciem łączy formułę klasycznej baśni z dojmującym realizmem. Bohaterowie zostają uwiarygodnieni nie tylko poprzez kontekst społeczny, ale również dzięki szeregowi pomniejszych niuansów fabularnych i wizualnych, budujących ich złożone tożsamości.

10782439-sally-hawkins-i-doug-jones.jpg
Sally Hawkins i Doug Jones

Niesamowita Sally Hawkins nasyca swoją postać tak radosną, niepohamowaną ekspresją, że chwilami niemal można zapomnieć, że Elisa jest niema. Ze swoją elfią urodą, wielkimi, ciemnymi oczami, ostrymi kościami policzkowymi i świetlistym uśmiechem Hawkins sama jest (zawsze była) trochę jak postać z innego świata, dlatego nie tylko przez wzgląd na niepełnosprawność jej bohaterki można bez trudu uwierzyć w fascynację, empatię, a w końcu i uczucie Elisy do niebieskozielonego człowieka-ryby o jaskrawych, ciekawskich oczach, migoczących pod nęcącymi membranami. Dla Elisy uwięziony syren jest po prostu samotnym, niemym stworzeniem takim jak ona, kimś, kto – jak zwierza się bohaterka Gilesowi – „nie widzi tego, czego mi brakuje, nie widzi, że jestem niekompletna”.

Film cechuje nie tylko naturalizm scen przemocy, bezbłędnie kontrastujący ze słodyczą samej historii miłosnej, ale i całkowity brak pruderii wokół seksu, cielesności, przyziemnych funkcji ciała. Elisa każdego ranka masturbuje się w wannie, do której z czasem zaprasza także swojego rybiego kochanka. „Dlaczego?”, zapyta z przerażeniem Zelda, domyśliwszy się, że rozpromieniona jak skowronek przyjaciółka skonsumowała związek. „Jak?!”, zada po chwili kolejne pytanie, rzeczywiście bardziej frapujące.

Nie mniej ekscytujące jest to, że „Kształt wody” można także czytać metaforycznie: jako refleksję nad komunikacją interpersonalną i międzykulturową. Rosnący afekt Elisy do potwora jest nieskażony językiem mówionym; oboje pragną przede wszystkim dotyku, którego w swym wyobcowaniu byli dotąd pozbawieni. Za pomocą muzyki z gramofonu i języka migowego bohaterka uczy stworzenie porozumiewania się, osiągając w krótkim czasie efekt, jakiego przez cały żmudny proces badań nie byli w stanie uzyskać najznamienitsi biolodzy. W zasadzie cała więź między Elisą a syrenem powstaje w oparciu o pierwotną, atawistyczną komunikację i jest ukazana w opozycji wobec trudności w przekazywaniu uczuć słowami przez pozostałych bohaterów.

I tak Giles, utalentowany ilustrator zwolniony z agencji reklamowej z powodu – co zostaje tylko zasugerowane – skandalu obyczajowego, cierpi beznadziejnie podczas prób flirtu z baristą w lokalnej kawiarni, bowiem jako homoseksualista z lat sześćdziesiątych musi szczególnie ostrożnie dobierać słowa w miejscach publicznych. Z kolei Zelda, towarzyszka Elisy od mopa, co i rusz skarży się koleżance na swoje nieudane małżeństwo. „Jeżeli puszczanie bąków byłoby pochlebstwem – mówi o swoim oschłym, milczącym mężu – byłby Szekspirem”.

Agent Strickland też preferuje ciszę, tak w kontaktach z podwładnymi, jak i w momentach, gdy masakruje pałką bezgłośne stworzenie, aby nauczyć je moresu.„Tak, jak zwykło się to robić w Alabamie” – bowiem kiedy już oprawca się odzywa, to głównie po to, by wygłosić rasistowską, seksistowską lub homofobiczną tyradę, ewentualnie porównać się do Boga. W zadziwiający sposób Strickland, doskonale sportretowany przez niezrównanego Shannona, jest zarazem karykaturalnym baśniowym Złym i realistyczną emanacją najgorszych cech mężczyzny u władzy, a do tego del Toro wraz ze współscenarzystką Vanessą Taylor wzbogacają tę postać (podobnie jak wszystkie pozostałe) o elementy humorystyczne, np. w swoim gabinecie Strickland czyta pre-coachingowy (!) poradnik pozytywnego myślenia, by następnie w natchnieniu zakupić seledynowego Cadillaca – przedłużenie męskości, oczywiście, bo jakżeby inaczej; del Toro kapitalnie tu pokazuje, jak różnie można interpretować jednoznaczne, zdawałoby się, komunikaty, ergo: jak ułomny bywa język pisany i mówiony.

Koniec końców dostajemy zatem piękną i mądrą bajkę o tolerancji, w sam raz na czasy, gdy na powrót budzą się różne demony – ale prawdziwie zaskakuje „Kształt wody” jako film o sile zmysłów, o potędze komunikacji niewerbalnej; najlepszy kawałek lingwistycznej fantastyki od czasu „Nowego początku” Denisa Villeneuve’a.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj