Dziennik Gazeta Prawana logo

"Creed: Narodziny legendy": Sylvester Stallone na zawsze w ringu. RECENZJA

8 stycznia 2016, 08:28
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
Creed: Narodziny legendy
Creed: Narodziny legendy/Forum Film Poland
"Creed" nosi w Polsce podtytuł "Narodziny legendy", ale prawdziwą legendą jest w tym filmie Rocky Balboa, którego już po raz siódmy zagrał Sylvester Stallone.

Dzięki kilkutygodniowemu opóźnieniu w stosunku do amerykańskiej premiery "Creed" trafia na ekrany polskich kin w szczególnym momencie: w tym roku mija 40. rocznica premiery pierwszej części "Rocky'ego", a Sylvester Stallone – w co trochę trudno uwierzyć – obchodzić będzie 70. urodziny.

Jako Rocky Balboa po raz kolejny wraca do świata boksu – ale tym razem wyłącznie jako trener nieślubnego syna swojego dawnego rywala i przyjaciela Apollo Creeda, zabitego w ringu przez Iwana Drago. Adonis "Donnie" Creed swojego ojca nigdy nie poznał, ale mistrzowskie nazwisko mu ciąży: chce zrobić karierę samodzielnie, nie liczy na przywileje, porzuca wygodne życie i lukratywną posadę w firmie ubezpieczeniowej i wyjeżdża do Filadelfii, by pod okiem Rocky'ego szykować się do najważniejszego w dotychczasowej karierze pojedynku.

"Creed" to bardzo solidny dramat sportowy, zrealizowany według najlepszych reguł gatunku, z charyzmatycznym Michaelem B. Jordanem w roli głównej. Reżyserem i współscenarzystą filmu jest Ryan Coogler, nadzieja nowego afroamerykańskiego kina, twórca świetnego, niezależnego "Fruitvale". Urodził się w 1986 roku – Stallone miał już za sobą realizację czterech części serii o bokserze, który podbił serca Amerykanów, później miał zrealizować jeszcze dwie. Od tamtej pory historia Rocky'ego uległa popkulturowej mitologizacji, elementy poszczególnych filmów stopiły się ze sobą w pamięci widzów, tworząc swoisty film wyobrażony, w którym Sylvester Stallone walczy z Apollo Creedem w rytm przeboju "Eye of a Tiger", a schody przed Filadelfijskim Muzeum Sztuk Pięknych urastają do niebosiężnych rozmiarów. W rzeczywistości utwór grupy Survivor pojawił się dopiero w trzeciej części serii, a schody liczą jedynie 72 stopnie, choć rzecz jasna stały się symbolem przeszkód, jakie każdy z nas musi pokonać w drodze do celu.

"Rocky" został sparodiowany na dziesiątki sposobów, do tego stopnia, że zapominamy często, jak dobrym filmem był oryginał. Stallone opowiedział w nim poniekąd o sobie samym, prostym chłopaku, który nie bardzo wie, co ze sobą zrobić, ale dostaje od losu szansę na wielką zmianę. Sylwestrowi dał przepustkę do sławy i fortuny, przyniósł mu również nominacje do Oscara i Złotego Globu (za najlepszą rolę, lecz także za najlepszy scenariusz). Krytyk Roger Ebert uznał go wówczas za aktora, który mógłby stać się nowym Marlonem Brando. Stallone miał w sobie naturalną charyzmę, siłę, ale jednocześnie był świadomy własnych aktorskich ograniczeń. Rolę Rocky'ego napisał dla siebie i długo musiał walczyć o to, by ją zagrać. Jego scenariusz spodobał się producentom, ale na ekranie woleliby zobaczyć kogoś bardziej rozpoznawalnego. Stawiali na Roberta Redforda albo Burta Reynoldsa, w końcu zgodzili się na Stallone'a, który ostatecznie stał się Rockym na całe życie.

Wiemy, co potem stało się z jego karierą: nie został nowym Brando, stał się za to ikoną kina akcji, seryjnie zbierał nominacje do Złotych Malin, od czasu do czasu jedynie dowodząc, że jednak potrafi grać (jak w dramacie "Cop Land"). Cykl o "Rockym" był – być może podświadomym – odbiciem losów Stallone'a. Od dna (Sly przyznawał, że zagrał w softporno "Przyjęcie u Kitty i Studa", bo alternatywą dla klepiącego biedę chłopaka było dołączenie do ulicznego gangu) na szczyt, po drodze były sukcesy i spektakularne porażki, owacje i gwizdy, przyjaciele i naciągacze, kłopoty finansowe i rodzinne. W serii o "Rockym" Stallone zdecydowanie opisywał nie tylko blaski i cienie życia profesjonalnego boksera, lecz przede wszystkim pułapki czyhające na każdego, kto wywalczył swoje miejsce na szczycie. Owszem, czasami zawodził go scenopisarski i reżyserski instynkt: gdy w czwartej części walczył z Iwanem Drago, niepotrzebnie angażując swojego bohatera w zimnowojenne utarczki, lub gdy w "Rockym V" analizował rodzinne problemy boksera. Stallone sam zamienił swoje najważniejsze dzieło w karykaturę. Ale, o dziwo, potrafił to odkręcić, choć dopiero po 15 latach przerwy.

Gdy w 2006 roku kręcił szóstą część cyklu zatytułowaną "Rocky Balboa", miał za sobą kolejne bolesne upokorzenia, finansowe porażki i musiał zmierzyć się ze świadomością, że w Hollywood już dawno na jego miejscu pojawiły się inne gwiazdy. Ale powrót do postaci Rocky'ego pozwolił mu znów odbić się od dna: Stallone jeszcze raz udowodnił, że ma do siebie dystans i że za wcześnie spisywano go na straty.

Coogler dał mu szansę na dopełnienie postaci Rocky'ego. I Sly daje z siebie wszystko, jako nieco zgorzkniały, zmęczony były bokser, który ma w sobie coraz mniej woli życia, a jednak podniesie się z kolan jeszcze raz. Dzięki "Creedowi" kariera Stallone'a zatoczyła koło: znów został nominowany do Złotego Globu, niewykluczone, że jego rolę dostrzeże także Akademia. Oscar byłby niezłym podsumowaniem jego dorobku.

Creed: Narodziny legendy | USA 2015 | reżyseria: Ryan Coogler | dystrybucja: Forum Film | czas: 133 min

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj