Tymczasem ostatnie lata – i to nie licząc filmów Quentina Tarantino, który mawia: – Chciałbym zostać zapamiętany jako twórca westernowy – przyniosły kilka godnych uwagi produkcji czerpiących garściami z poetyki Dzikiego Zachodu, zarówno arthouse'owych, jak i rozrywkowych. Na ich styku znajduje się stylowy debiut Johna Macleana, "Slow West", którego tytuł to oko puszczone do publiki: oto bowiem przeciwieństwo serwowanej przez kina papki w stylu "fast”.

Mark Kermode, prominentny krytyk brytyjski, wychwalał film pod niebiosa, Michael Fassbender nie dość, że go wyprodukował, to jeszcze w nim zagrał. I faktycznie jest w "Slow West" element baśniowy, odrealniony, kuszący, pozwalający się zachwycić, być może wynikający z tego, iż podgórskie tereny Nowej Zelandii, zresztą fotografowane po mistrzowsku, udają tutaj rozległe prerie. Swoistą nostalgią nasącza film sama fabuła zadzierzgnięta wokół przeplatających się elementów opowieści coming-of-age, romantycznej wyprawy ku nieistniejącym jeszcze granicom oraz specyficznej relacji pomiędzy mentorem a dorastającym chłopakiem, tyleż naiwnym, co dobrodusznym.

Maclean pokazuje Amerykę uduchowioną, widzianą oczyma młodego Jaya Cavendisha (Kodi Smit-McPhee), szkockiego nastolatka, który kraj na końcu świat zna z podróżniczych relacji. Brutalnej prawdy na temat nowego wspaniałego świata dowiaduje się od napotkanego łowcy nagród (Michael Fassbender). To dzięki niemu poznaje wszystkie kontrasty wynikające ze zderzenia wyidealizowanych wyobrażeń o magicznym, spowitym tajemnicą Zachodzie z koniecznością strzelenia głodującej matce w plecy oraz zawarcia przymierza z niegodziwcami. Kraina szans i możliwości okazuje się jednocześnie krainą zdeptanych marzeń o lepszym życiu. Maclean chwyta w swoim obiektywie schyłkowy Dziki Zachód, może jeszcze nie do końca odkryty, ale już po części odmitologizowany.

SLOW WEST | Wielka Brytania, Nowa Zelandia 2015 | reżyseria: John Maclean | dystrybucja: M2 Films | czas: 84 min