Dzieci gorszego Boga chcą być jeszcze gorsze. Przypominam tytuł słynnego filmu w reżyserii Randy Haines z 1986 roku nie bez powodu. Ukraińskie "Plemię" jest również tytułem, w którym widzimy niesłyszących. Zasady obowiązujące w obu filmach są jednak diametralnie inne. W hollywoodzkim wyciskaczu łez – empatia i litość, w ukraińskim dramacie – żadnego lukru, familiady rozgrzeszającej sumienia oglądających.

Najważniejszy był pomysł. Gdyby "Plemię" Myrosława Słaboszpyckiego rozgrywało się w normalnym środowisku, film przeszedłby zapewne bez większego echa. Ale jest niemy. Nic nie słychać, tylko obraz, język migowy, brak lektora, żadnych fonicznych pomocników. Odkryciem tego tytułu jest brutalne rozprawienie się ze stereotypem. Klisze mentalne każą nam wierzyć, że skoro ktoś został doświadczony przez los, musi być lepszy, szlachetniejszy, cierpliwszy. To oczywiście mrzonki.

Język migowy w filmie Słaboszpyckiego jest ostatnim rezerwuarem spokoju. Ruchy dłoni tworzą balet gestów, czysty i szlachetny, reszta przypomina raczej zawrót głowy w pijackim widzie. Serhiej, bohater "Plemienia", zaczyna naukę w szkole dla głuchoniemych. Świat jak z polskiego kina lat 80., portretującego tak zwaną trudną młodzież: brudna szkoła, szerzą się dziwkarstwo i agresja. Żeby znaleźć się w tytułowym plemieniu, trzeba na to zasłużyć, na przykład sprytem w praktykach złodziejskich czy przemocowych. Serhiej przechodzi przez kolejne szczeble wtajemniczenia, stając się kimś w rodzaju jednego z przywódców stada.

Pierwsze minuty mogą wprawić w konfuzję, zwłaszcza kiedy film ogląda się w kinie. Kto wyłączył fonię? Dlaczego nic nie słychać? Pytamy o to mimo napisu umieszczonego przed seansem: – Film nakręcono w języku migowym, nie jest tłumaczony, nie ma napisów ani lektora. Z czasem oglądający przyzwyczaja się jednak do osobliwej struktury. Milczenie nie jest w tym przypadku złotem, jest celem samym w sobie.

Słaboszpyckyj po "Plemieniu" uchodzi za jednego z najciekawszych młodych twórców europejskich. Oby tylko ten ambitny reżyser miał szanse na realizowanie swoich kolejnych marzeń na Ukrainie, gdzie, jak słyszę, kinematografia jest z oczywistych powodów w stanie agonalnym. Tymczasem "Plemię" było jednym z największych międzynarodowych sukcesów tego kina. Słaboszpyckyj już za swoje wcześniejsze krótkie formy, w tym za film o głuchoniemych "Deafness", otrzymywał wyróżnienia w Locarno i w Berlinie, a prezentowane na festiwalu w Cannes "Plemię" otrzymało w swojej sekcji (Tydzień Krytyki) aż trzy nagrody, w tym Grand Prix, co otworzyło worek z zaproszeniami na inne festiwale i nagrody. Z wielkimi nadziejami będę wypatrywał kolejnych tytułów sygnowanych jego nazwiskiem.

Po obejrzeniu "Plemienia" zastanawiałem się, jak wyobrażałem sobie wcześniej średnią szkołę dla głuchoniemych. Wyszło mi, że jak pensjonarka: dzieci są grzeczne, siedzą w mundurkach, uśmiechnięte od ucha do ucha. Tego rodzaju schematy myślowe to krzywdzące klisze, mimowolnie uzurpujące sobie wyższość w traktowaniu tej grupy społecznej. Widzę ich sielankowo, ponieważ los ich skrzywdził. Nieuświadomiona litość jest nawet gorsza od odrazy. Gorsza, bo fałszywa. Pamiętam swoją rozmowę z artystą wizualnym Arturem Żmijewskim, który w filmowych pracach zajmuje się portretowaniem wykluczonych. Usłyszałem: – Dopóki nie staniesz się głuchym, Cyganem, Niemcem, gejem lub Żydem, dopóty całą polityczną poprawność można wyrzucić na śmietnik. Oglądając "Plemię", nie stałem się mimowolnie głuchym i niemym, ale wydaje mi się, że otrzymałem wgląd do ich realnego świata, zrozumiałem dużo więcej. Krok we właściwym kierunku.

PLEMIĘ | Ukraina, Holandia 2014 | reżyseria: Myrosław Słaboszpyckyj | dystrybucja: Aurora Films | czas: 130 min