Dziennik Gazeta Prawana logo

"O koniach i ludziach": Film prawdziwy na niby

20 lutego 2015, 08:30
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
O koniach i ludziach
O koniach i ludziach/Media
Rzadko udaje się jeszcze czymkolwiek zaskoczyć mnie w kinie. Mam wrażenie, że widziałem już wszystko. I chodzi zarówno o ekstrema, jak i ascetyzm, pełna rozpiętość. Po obejrzeniu filmu "O koniach i ludziach" byłem jednak prawdziwie zdumiony i w zasadzie cały czas nie potrafię się z tego stanu otrząsnąć. Zaskoczenie na dobre i na złe. Ale nie tylko w niespodziance kryje się siła osobliwego dzieła.

Jesteśmy, jak wiadomo, spadkobiercami wielkiego polskiego romantyzmu. Nawet ostatnie gigantyczne produkcje polskiego kina – "Miasto 44" i "Hiszpanka" – pokazują, że od tego dziedzictwa nie ma w zasadzie ucieczki. A polski romantyzm, wiadoma sprawa, jeździł na koniu. Mamy od wieków szczególny stosunek do koni, bratersko-wyrozumiały. Są naszymi bliskimi, w ich oczach zdajemy się dostrzegać o wiele więcej, niż naprawdę się tam kryje: wielką mądrość, zmęczenie, smutek, ale i przywiązanie. A to Polska właśnie. W Islandii jest, zdaje się, trochę podobnie i trochę inaczej jednocześnie.

Konie z filmu Benedikta Erlingssona upodabniają się do ludzi. Antropomorfizm na całego. Oglądając tę narrację, odnosi się wrażenie, że to konie ją nam opowiadają. Konie, nie ludzie. Najpierw zbliżenie na grzywę, potem oko, końskie oko puszcza do nas perskie oko. I pokazuje galerię ekscentryków mimo woli zderzonych z bezkolizyjnością zwierzęcych narratorów. Nie można tego wszystkiego brać dosłownie. Nie jestem antropologiem, ale wydaje mi się, że końsko-ludzkie opowieści należy potraktować jako współczesne ballady ludowe. Tym, co wyróżnia tę narrację i co stanowi o źródle sukcesu filmu oraz zaskoczenia odbiorczego, jest tonacja. – – pisał w "Dziennikach" Gombrowicz. Erlingsson udziela odpowiedzi przeczącej. Ekscentryzm to norma. Konie są ofiarami, ale dosyć zdystansowanymi. To, co widzą u ludzi, zwyczajnie je przerasta. Islandzkie kuce, wytrzymałe, silne, małe konie, są za mądre na te wszystkie głupoty.

W bajecznym islandzkim pejzażu, nawet zbyt bajecznym, by mógł być rzeczywisty, jakiś przeterminowany Romeo, starszy pan z ryżą plerezą, zakochuje się w swojej klaczy, a widząc, że wystudzoną emocjonalnie lubą dosiada "napalony" ogier, srodze się na niej zemści. Lokalny moczymorda wykorzystuje lojalność kucyka, żeby dostać się do odpływającego właśnie rosyjskiego okrętu i zakupić "czysty spiryt". Latynoamerykański turysta, który znalazł się w tym miejscu właściwie nie wiadomo dlaczego, desperacko użyje wnętrza konia, żeby ocalić własne życie. W wielkim finale oglądamy zaś, używając pięknej metafory z wiersza Leśmiana, że konie i ludzie wespół zespół stają się "narzędziem pieszczoty, tej pierwszej, tej jedynej, która nie zna innych upojeń oprócz samej siebie". Scena prawie jak z "Zabriskie Point". Konie, ludzie i chuć.

Pisząc o tych przypadkach, czuję się niezręcznie. Źle to brzmi, zbyt dosłownie, nie oddaje siły kina. Bo "O koniach i ludziach" jest bowiem filmem prawdziwym na niby. To film o animalizmie opowiedziany z perspektywy poety. Groch z kapustą. Obrok z finezją.

O koniach i ludziach | Islandia 2013 | reżyseria: Benedikt Erlingsson | dystrybucja: Spectator | czas: 81 min

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj