Dziennik Gazeta Prawana logo

De Palma nie zdziadział, jego "Namiętność" pachnie perwersją

24 marca 2014, 17:21
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Namiętność
Namiętność/Media
Radosna wieść głosi, że najnowszy film Briana De Palmy to soczysta autoparodia przypieczętowująca dorobek starego mistrza. Dla mnie jednak kreska, którą autor naszkicował ów film, nie jest na tyle gruba, by mogła być nośnikiem ironii. W stylistycznym bogactwie De Palmy tak pożądany żart zdominowany został przez artystyczne samouwielbienie. Niewinna miłość własna przerodziła się w "Namiętność". A to już pachnie perwersją.

To nie jest tak, że Brian De Palma zdziadział, stracił dawną werwę, w bólach zrobił przedpotopową chałę i teraz znad fajki ofukuje dyletantów, którzy nie dostrzegają w niej maestrii. (Takie rzeczy tylko u nas.) Przeciwnie. Pod względem osobliwego języka filmowego "Namiętność" jest majstersztykiem. Widać tu styl, który z dużą konsekwencją wypracowywany był latami i wypływa z głębokich artystycznych przekonań reżysera.

Pod względem sprawności w konstruowaniu obrazu De Palma nie zestarzał się w ogóle – wciąż wspaniale gra oświetleniem, jego powolna kamera w najbardziej emocjonalnych momentach z tą samą co niegdyś wnikliwością śledzi bohaterów i patrzy na nich z ukosa. Autor doskonale aranżuje swoje kadry, również wtedy, gdy w charakterystyczny dla siebie sposób dzieli ekran na dwie części, pozwalając widzowi obserwować akcję z dwóch perspektyw. Jest niekwestionowanym mistrzem pokazywania, co w przypadku "Namiętności" niestety nie idzie w parze z mistrzostwem opowiadania.

Fabuła filmu De Palmy wypada przy obrazie jak mniej kochane dziecko. Zaniedbane, mało błyskotliwe, zepchnięte w cień atrakcyjnego brata. Na niekorzyść reżysera i scenarzysty w jednej osobie świadczy fakt, iż nakręcona w 2012 roku "Namiętność" jest remakiem francuskiego filmu "Crime d'Amour" (2010) autorstwa Alaina Corneau. Historię o zmysłowej rywalizacji przełożonej i pracownicy w wielkiej korporacji De Palma miał gotową – wystarczyło użyć jej do własnego celu i nie przekombinować. Tymczasem De Palma czyni rzecz kuriozalną – będąc zadziwiająco wiernym wydarzeniom z fabuły Corneau, z finezją rzeźnika kroi złożoność postaci, spłaszcza relacje i banalizuje intrygę. Nie chodzi o to, że zbrukał arcydzieło – to miano filmowi "Crime d'Amour" z pewnością nie groziło. Tylko że tam ascetyczna filmowa mowa po prostu pasowała do chłodnych, lecz dobrze rozwijanych postaci i nielicznych, lecz przyzwoicie skonstruowanych zwrotów akcji. Nawet wyrafinowany kostium De Palmy nie usprawiedliwia okaleczenia materiału.

Całą recenzję Patrycji Rojek czytaj w portalu Stopklatka.pl>>>

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Stopklatka
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj