Dziennik Gazeta Prawana logo

"Cud w Mediolanie": Życie jest piękne!

7 marca 2014, 10:00
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Cud w Mediolanie
Cud w Mediolanie/Media
"Cud w Mediolanie", choć o klasę słabszy od "Złodziei rowerów", do dziś zachował swoją magię.

Sukces przepełnionego plebejskim humorem i niespożytą witalnością filmu Vittoria De Siki opiera się na pogodzeniu pozornych sprzeczności. Reżyser stworzył neorealistyczną baśń, w której krytycyzm wobec powojennej rzeczywistości współistnieje z fantazją na temat pojawienia się współczesnego świętego.

Największą siłą filmu jest jego bohater – Toto. Znalezione na grządce kapusty niemowlę wyrasta na kogoś pomiędzy Jezusem Chrystusem a Amelią ze szlagieru Jeana-Pierre'a Jeuneta. Boży prostaczek z mediolańskich slumsów nie może się nadziwić, że ludzie wokół są równie nieprzyjemni, zrezygnowani i pozbawieni perspektyw na przyszłość. Toto postanawia robić wszystko, by choć trochę uszczęśliwić swych wynędzniałych towarzyszy. Każdemu z nich powtarza frazę, która – dzięki Roberto Benigniemu – za kilkadziesiąt lat stanie się wizytówką włoskiego kina: "Życie jest piękne!". Choć początkowo nikt nie traktuje Toto poważnie, sytuacja zmienia się, gdy mężczyzna demonstruje otoczeniu zdolność czynienia najprawdziwszych cudów.

Nadprzyrodzone umiejętności bohatera pozwalają jemu i towarzyszom na stoczenie nierównej walki z burżuazyjnymi wyzyskiwaczami. De Sica ani przez chwilę nie pozostawia wątpliwości, po czyjej stoi stronie. Podczas gdy mediolańskie elity zostają odmalowane w sposób karykaturalny, przedstawiciele biedoty zasługują na sympatię. Ujmującą skromność bohaterów podkreśla kilkakrotnie intonowana przez nich pieśń. Wynika z niej, że Toto i spółce do szczęścia wystarczy jedynie "chatka, by mieszkać i spać, trochę ziemi i odrobina chleba".

"Cud w Mediolanie" potrafi rozczulić, ale najciekawszy robi się jednak wtedy, gdy podważa własną poczciwość. W najlepszej scenie filmu mediolański motłoch zamęcza Toto – cudotwórcę swymi prośbami. Charakter postulatów sprawia, że proletariusze zaczynają przypominać pogardzanych przez siebie bogaczy. W ten sposób De Sica ujawnia talent profetyczny i zapowiada krytykę konsumpcjonizmu, która stanie się wiodącym motywem włoskiego kina lat sześćdziesiątych. W "Cudzie…" gorzki realizm musi jednak jeszcze uznać wyższość fantazji. W końcówce filmu reżyser pozwala swoim bohaterom wrócić do świata, gdzie "nie ma biednych i bogatych", a "dzień dobry" naprawdę znaczy "dzień dobry". Nie ma wątpliwości, że ta mityczna kraina będzie znajdować się daleko od Italii.

CUD W MEDIOLANIE | Włochy 1951 | reżyseria: Vittorio De Sica | dystrybucja: Mayfly | czas: 92 min

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Tematy: recenzja
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj