Dziennik Gazeta Prawana logo

"Café de Flore" serwuje wzruszenia na żądanie

19 października 2012, 10:31
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Cafe de Flore
Cafe de Flore/Media
Zachwycałem się niegdyś filmem Jeana-Marca Vallée – "C.R.A.Z.Y.", z kolejnym, "Młodą Wiktorią" z Emily Blunt, miałem już większy problem. Manieryczne "Café de Flore" udowadnia, że Vallée stał się więźniem własnego sukcesu.

"Café de Flore" jest w pewnym sensie podobne do "C.R.A.Z.Y.". Znowu motorem napędzającym fabułę jest muzyka, bezbłędnie zresztą przez Vallée dobrana – od Pink Floyd po Dinah Washington. Bohater filmu mówi nawet: "Są piosenki, które chcesz puszczać, żeby żyć", ale niewiele z tego wynika.

"C.R.A.Z.Y." miało siłę ocierającego się wręcz o ekshibicjonizm prywatnego wyznania, "Café de Flore" jest ślicznie opakowaną wydmuszką. Vallée błądzi po omacku, zderza motywy i zachowania, które rażą infantylnym podejściem do dramatycznych tematów, wszystko zaś zostaje zagłuszone muzyczną polewą, która choć sama w sobie świetna, nie jest w stanie zastąpić interesującej fabuły i wiarygodnego aktorstwa. Bezradność reżysera widać najlepiej w układzie narracyjnym. Zderzenie dwóch prowadzonych równolegle historii, rymujących się w końcu w dosyć zdumiewającym rozwiązaniu akcji, wydaje się nie tyle wyrafinowanym zabiegiem formalnym, o czym reżyser zapewnia w każdym wywiadzie, co wyrazem absolutnej bezradności wobec zbanalizowanych przez kino i media tematów. W skrócie, "Café de Flore" można by podsumować zdaniem: "W życiu najważniejsza jest miłość". To jednak frazes. Niestety, całe "Café de Flore" jest tytułem ulepionym z frazesów.

Temat pierwszy filmu to rozgrywająca się w latach sześćdziesiątych opowieść o Jaqueline, dzielnej matce z seksowną diastemą – w tej roli o dziwo wiarygodna Vanessa Paradis – bohatersko walczącej o szczęście chorującego na zespół Downa synka. Pomimo kilku mocnych, przejmujących scen, na przykład pokazujących problem miłości dzieci z zespołem Downa, cała historia wydaje się mocno wykoncypowana, to rodzaj emocjonalnego szantażu, wzruszenie na żądanie. Temat drugi miał w założeniu przejmować i boleć, ale trudno osiągnąć ten cel, pokazując jedynie zmulitplikowany banał. Pan jest seksownym DJ-em (drewniany Kevin Parent), w końcu zdradza smutną żonę z seksowną blondynką. I to już prawie wszystko. "Prawie", gdyż za chwilę, w rytm kawałków Sigur Rós oraz The Cure, pojawi się jeszcze motyw newage'owej solidarności dusz. Rekapitulując – film Jean-Marca Vallée to Vanessa Paradis w roli bohaterskiej mamusi, kilka superhitów, mętna parapsychologia, problem reinkarnacji, dzieci z zespołem Downa oraz sceny seksu prawie tak ładne jak na Polsacie po północy. "Café de Flore" przypomina studnię bez dna pomysłów bez pokrycia. Co najmniej o jedną błyskotkę za dużo.

CAFE DE FLORE | Kanada, Francja 2011 | reżyseria: Jean-Marc Vallée | dystrybucja: Vivarto | czas: 120 min

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj