Mamy bowiem do czynienia z ckliwą historią, która do tego podawana jest tak, by wzruszyć odbiorcę i pozostawić wrażenie obcowania z dziełem ważnym i przejmującym. Sęk w tym, że takie wrażenie osiąga się mimochodem; inteligentny widz wyczuje fałsz i film odrzuci. Trochę szkoda, bo "Moi chłopcy" mieli potencjał. I Clive’a Owena w roli głównej.

Reklama

Historia oparta jest na faktach: dziennikarz sportowy Joe Warr (rzeczony Owen) traci swą ukochaną żonę. Zostaje sam z małym Artiem. Do tego jego pierwsza małżonka, z którą rozwiódł się parę lat temu, prosi, by ten przez jakiś czas zajął się ich starszym synem. Co z tego wynika, można się domyślić: Warr nie umie sobie poradzić w życiu codziennym bez żony (po stołach walają się brudne naczynia i pudełka po pizzy), jego kontakty z synami (szczególnie starszym) pozostawiają wiele do życzenia. Do tego biedny ojciec rodziny zawala przez nagłą odpowiedzialność swoją karierę zawodową.

Jak widać, twórcy filmu operują głównie kliszami. Do tego dodają garść nieznośnych sentymentów: choćby to, że pogubionego ojca odwiedza jego zmarła żona i udziela mu porad co do wychowania synów. W efekcie nieporadny początkowo Warr nawiązuje z nimi trudne porozumienie, odkrywa, co jest w życiu naprawdę ważne, i oczywiście wychodzi z tej lekcji obronną ręką.

Za "Moich chłopców" odpowiada Scott Hicks, twórca m.in. "Cedrów pod śniegiem" i bardzo dobrego "Blasku", za który dostał dwie nominacje do Oscara (za reżyserię i scenariusz). Tym bardziej chciałoby się go jakoś obronić. Można pochwalić więc aktorów – szczególnie tych, którzy grają synów Warra (wcielający się w rolę starszego z nich George MacKay był za nią nominowany w 2009 r. do British Independent Film Award) i parę momentów, w których film autentycznie wzrusza na przekór nachalnym sentymentom. Ale jednak "Moi chłopcy" to nie jest film udany.

MOI CHŁOPCY | Australia, Wielka Brytania 2009 | reżyseria: Scott Hicks | obsada: Clive Owen, Emma Booth | dystrybucja: Monolith