Lewis Carroll opowieścią o przygodach Alicji przetrącił kręgosłup przekonaniu, że świat – choćby i krzywo odbity w baśni – musi funkcjonować według racjonalnych zasad, jakiejś wewnętrznej logiki. Czy mowa o przypadku dżina w lampie oliwnej, przemienionego w żabę księcia, złotej rybce spełniającej życzenia, łatwo zaakceptować zaproponowaną przez bajarza konwencję, bo relacjonowane zdarzenia mają swoje przyczyny, można też przewidzieć konsekwencje działań protagonistów. Ich motywacje są echem naszych pragnień i lęków: zła czarownica chce władzy, macocha pragnie wydać szpetne i głupie córki za bogatego VIP-a. Kopciuszek też niegłupi – wie, jaka partia daje największą szansę na awans społeczny, materialny i dobre geny dla potomstwa etc., etc.

Reklama

W „Alicji w krainie czarów” owe schematy nie funkcjonują, klucz schowano gdzie indziej. To przestrzenie niczym nieskrępowanej wyobraźni, utkane po części z onirycznych marzeń, po części ze śnionych mroczną nocą lęków. Dziwy zdarzają się tu, bo się zdarzają – ot co. Niefortunnie utrwalone w języku polskim tłumaczenie powieści Carrolla mówi w rzeczy samej o krainie nie czarów, lecz owych dziwów, cudów, których istotą jest niemożliwość. Herbatka z Szalonym Kapelusznikiem i Marcowym Zającem jest cudownie surrealna, podobnie jak jej bohaterowie. W tej nierzeczywistości zasada racjonalności, wykpiona z bezprecedensową w literaturze dziecięcej gracją i przewrotnością, ustępuje swobodnej grze skojarzeń.

Tim Burton nie zdołał tego oddać. Jego „Alicja...” rozczarowuje siermiężnym schematyzmem. Jest jedną z tych opowieści, które mierziły Carrolla wtórnością i przewidywalnością. W filmie Alicja ma 19 lat. Wspomnienia zatarły się, swe przygody w świecie pod króliczą jamą uważa za sen. Gdy wpadnie do niej po raz wtóry, Burton każe jej odegrać najbardziej oklepaną z możliwych rolę. Alicja ma uratować świat gnębiony przez złą królową. Tak, ścinając głowę straszliwego smoka. No jasne, że magicznym mieczem, który wpierw trzeba wykraść. Dobra królowa wróci na tron, zła pójdzie na wygnanie, błądzący przejrzą na oczy, wszystko skończy się szczęśliwe. Tylko biedny Lewis Carroll w grobie się przewraca. Miejmy nadzieję, że przynajmniej postraszy Burtona po nocach.

Parafrazując Carrolla, we wdzięcznym tłumaczeniu Stanisława Barańczaka, można powiedzieć, że Tim Burton zględźwił „Alicję w krainie czarów” mklwącznie. Aż grycno zhluyzić, jak mógł aż wruchłlo. Trochę mlaskno. Autor „Soku z żuka” sklecił tę chałturę, cytując postacie i zdarzenia ze słynnej powieści o Alicji, posiłkował się też motywami z kontynuacji: „Alicji po drugiej stronie lustra”. To z umieszczonego w niej wiersza „Jabberwocky” wziął motyw walki ze smokiem. Niestety, umknęło Burtonowi, że wiersz ów jest, już choćby przez swą formę, kpiną z toposu heroicznego triumfu nad bestią. On scenie walki ze smokiem, nieszczęsny, próbował nadać dramaturgię – z efektem nieuniknionym.

Burton skaptował parę gwiazd. Johnny Depp zagrał Szalonego Kapelusznika, Helena Bonham Carter Czerwoną Królową, Anne Hathaway Białą Królową. Żadna kreacja na kolana nie rzuca, najlepsze wrażenie robi lekko zblazowana, nieoczywista Hathaway. Mia Wasikowska jest Alicją nijaką, zupełnie bez charyzmy. Nierówny polski dubbing lepiej wyłączyć, pozostając przy oryginalnych głosach. Dzieciom to nie przeszkodzi, bo dzieci tego filmu nie powinny oglądać. Są tu sceny, po których miałyby w nocy koszmary (warzenie eliksiru z naturalistycznie pokazanych obciętych trupich palców to gruba przesada).

Skąd zatem ocena jakby naciągana: aż trzy gwiazdki? Głównie z powodu efektownych zdjęć. I nie wiadomo tylko, komu bardziej należą się oklaski – operatorowi Dariuszowi Wolskiemu czy specom od komputerowych wizualizacji.