Chris i Gitti to para niemieckich trzydziestolatków spędzających wakacje w luksusowej willi na Sardynii. On jest architektem, któremu chwilowo nie dopisuje szczęście, ona właściwie średnio troszczy się o pracę, ale bywa agentką zespołów muzycznych. On – z wyższych sfer, dobrze usytuowany, małomówny. Typ kocura wylegującego się na słońcu: powolny, kontemplacyjny, zamknięty w sobie. Ona jest buntowniczką bez powodu. Wulkan energii, ekstrawertyczka z wielkim temperamentem, dla której nie istnieją konwenanse.

Reklama

Od początku filmu jest w ich relacji jakieś napięcie. Chris pokrywa obawy, że jest za nudny dla swojej wystrzałowej dziewczyny, szorstkością, która czasem przechodzi w agresję. Gitti odbiera jego sygnały jako brak akceptacji dla jej sposobu bycia i po stokroć zapewnia faceta, że go kocha i dla niego chce się zmienić w osobę bardziej dystyngowaną i opanowaną. Pierwsza konfrontacja ze światem Chrisa - przyjęcie zaproszenia na kolację do jego znajomych – Sanę i Hansa, państwa perfekcyjnych - pokaże, że parę dzieli zdecydowanie za dużo.

Z jednej strony film niemieckiej reżyserki Maren Ade jest interesującą próbą pokazania niszczycielskiej mocy bezinteresownej zazdrości. W jakimś stopniu udało się w nim ukazać, jak wewnętrzny konflikt w człowieku niszczy świat, który jest na zewnątrz. Ale jak na rzecz o kompromisach i konwenansach za bardzo nachalnie podaje swoją tezę. Niewiele wynika z tego miotania się bohaterów między własną drogą a byciem jak wszyscy inni.

Relacja pary grzęźnie w sztuczności. To przede wszystkim kwestia scenariusza ustawiającego ich w infantylnych i nieprawdziwych sytuacjach i prawdziwe emocje zastępującego tandetnymi symbolami. Jest też w porażce tego filmu spora wina aktorów. Choć grająca główna rolę Birgit Minichmayr dostała berlińskiego Srebrnego Niedźwiedzia za tę kreację, nagroda była na wyrost. Zabrakło zagęszczenia emocji, które spowodowałyby, że przejęlibyśmy się tym, co dzieje się między mężczyzną a kobietą.

Może to też kwestia tonu, jaki przyjęła Ade. Jej film jest śmiertelnie poważny, choć nic się w nim nie dzieje, dusimy się podczas seansu, nie ma w nim miejsca na spojrzenie z minimalnego dystansu. Nadmierna powaga w jej filmie zaczyna trącić infantylizmem i banałem. Ciekawy punkt wyjścia, że każdy związek z innym człowiekiem jest próbą osiągnięcia równowagi między naszymi wyobrażeniami o partnerze i o sobie samym, nie doprowadził do interesującego artystycznego rozwiązania. Z intrygująco zarysowanego konfliktu wyszła podróbka Antonioniego. Niestety, nie pierwsza nagrodzona ostatnimi laty na światowych festiwalach filmowych.

Reklama