Już w pierwszej scenie filmu, rozgrywającej się na lotnisku w Wichita, mamy okazję podziwiać tył głowy Toma i jego nienagannie ułożoną fryzurę. Gdy kamera zmieni położenie, będziemy mogli docenić również słynny, czarujący uśmieszek i noszone z niezmiennym wdziękiem słoneczne okulary. Notabene to już niemal 30 lat, odkąd Cruise po raz pierwszy zerkał na nas przez wayfarery w „Ryzykownym interesie” – każdemu mogłoby się znudzić, ale przecież nie nam!

Reklama

Potem w obiektywie pojawia się Diaz i oto ekran wypełniają jej intensywnie niebieskie oczy i różowe usta ułożone w kuszący dziubek, nie wspominając o niesfornej blond czuprynie. Nie może być mowy o pomyłce, wszyscy widzowie są pewni: to Cruise i Diaz, właśnie ci popularni aktorzy.

Za chwilę okaże się, że on jest tajnym superagentem, chwilowo zbuntowanym przeciwko macierzystej organizacji w szlachetnej misji ochrony niewyczerpanego źródła energii, wymyślonego przez lekko autystycznego geniusza (w tej roli naprawdę uroczy Paul Dano). Ona zaś jest zwykłą dziewczyną, która nie ma szczęścia do facetów.

Za chwilę wsiądą razem na pokład samolotu pełnego dybiących na super-Toma wyjątkowo niedobrych ludzi. Tom zabije wszystkich, samodzielnie wyląduje w polu kukurydzy i zrobi drinka, a Cameron będzie nieco przestraszona, ale oczarowana jego wdziękiem. Potem dla odmiany znów będą czymś lecieć i strzelać.

Choć w tej sytuacji dalszy przebieg akcji przenoszącej nas a to do Bostonu, a to do Salzburga lub wreszcie na bezludną wysepkę, jest w sumie bez znaczenia: od początku do końca wiemy bowiem, że hollywoodzkim gwiazdom włos nie spadnie z głowy, bo przecież nie może, prawda? Kto zapłaciłby gigantyczne odszkodowanie, gdyby biały podkoszulek Toma przybrudził się nieco lub gdyby, nie daj Boże!, Cameron nie miała perfekcyjnie rozdzielonych rzęs, gdy wpatruje się w kamerę swym niebieskim okiem?

Fakt, że ich bohaterowie są papierowi do bólu nie powinien zaś przeszkadzać nikomu, bo w końcu przyszliśmy do kina oglądać Cruise’a i Diaz, a nie jakieś wymyślone postaci. Zapewne właśnie tego rodzaju kalkulacja sprawiła, że film przedstawiany jako przygodowa komedia nie wciąga ani nie bawi, bo zamiast pełnej humoru intrygi mamy Cruise’a w słonecznych okularach, który celuje z pistoletu do dziesiątek nacierających napastników, oraz popiskującą Diaz. I tak z irytującą monotonią do samego końca.

Jeśli coś mnie w tym wszystkim dziwi, to tylko fakt, że za reżyserię tego knota odpowiada James Mangold, mający na koncie może nie same arcydzieła, ale całkiem przyzwoite filmy: „3:10 do Yumy”, „Spacer po linie” czy „Przerwaną lekcję muzyki”. Wydawałoby się więc, że to ktoś wyrastający ponad hollywoodzką przeciętną sprawnego rzemiosła bez polotu. Niestety film oparty jedynie na przemijającym uroku gwiazd sprzed dekady albo dwóch to ryzykowny interes.

Owszem, pomysł, by zabawić się na ekranie z utrwalonym wizerunkiem aktora i zaprawić go nutą ironii, jest kuszący i niekiedy się nawet udaje. Przypomnijmy choćby znakomitą kreację Cruise’a w komedii „Jaja w tropikach”, gdzie wcielił się w rolę niesympatycznego, łysego i grubego producenta - to było naprawdę odważne, zabawne i odświeżające! Nie tym razem jednak. W „Wybuchowej parze” Diaz i Cruise spacerują po cienkiej linie oddzielającej subtelną autoironię od smutnej autoparodii i strzelają z ekranu samymi ślepakami. My nie będziemy strzelać śmiechem, niestety.