Żart afroamerykańskiej komiczki Tiffany Haddish, która przy okazji prezentowania nominacji dla filmu nieanglojęzycznego z udawanym zdziwieniem oznajmiła, że "nie wiedziała, że Francja jest w Kanadzie", przypadkowo idealnie odzwierciedlił stosunek Hollywood do świata.

Reklama

Potwierdziło się, że wojna w Ukrainie to z punktu widzenia amerykańskich celebrytów coś odległego i abstrakcyjnego. Czy można ich za to winić? Czy my, tak dziś szczerze wstrząśnięci zbrodniami wojennymi tuż za progiem, poświęcamy choćby dłuższą chwilę refleksji każdej konfrontacji zbrojnej w Afryce, Azji, Ameryce Południowej? Gdzieś zawsze trwa jakaś wojna.

Akcentów proukraińskich tej nocy nie było wiele. Prezenterka Mila Kunis, aktorka ukraińskiego pochodzenia, która swoją drogą wsparła ojczysty kraj milionami dolarów, wspomniała ze sceny Dolby Theartre, że wydarzenia na świecie nie napawają optymizmem. Później nastąpiła chwila ciszy, ekran wypełniła czarna plansza z wezwaniem do pomocy humanitarnej oraz hasztagiem #StandWithUkraine. I wybrzmiało to dużo stosowniej niż oczekiwany przez niektórych występ prezydenta Zełenskiego na Zoomie.

Poza tymi refleksyjnymi momentami Hollywood przez trzy godziny z hakiem robiło to, co potrafi najlepiej: zajmowało się sobą. Ceremonię otworzyły siostry Venus i Serena Williams, które zapowiedziały występ Beyoncé z piosenką "Be Alive" z poświęconego słynnym tenisistkom filmu "King Richard: Zwycięska rodzina". Następnie na scenę wkroczyły trzy prowadzące - Amy Schumer, Regina Hall i Wanda Sykes - i od początku posypały się mocne, niepoprawne politycznie dowcipy. Komiczki żartowały z czarnego Twittera, ze skompromitowanych Złotych Globów, dla których "zarezerwowały" poświęconą zmarłym sekcję In Memoriam. W pewnej chwili Hall zaczęła obłapiać aktorów Josha Brolina i Jasona Momoę, co można było odczytać jako "odwrócony seksizm" ironicznie nawiązujący do #MeToo.

Reklama

Niespodziewanie jednak w drugiej połowie imprezy atmosfera nagle siadła właśnie za sprawą co najmniej nietaktownego dowcipu i jego następstwa. Otóż Chris Rock, nawiązując do filmu "G.I. Jane", zażartował z łysej głowy obecnej na sali Jady Pinkett Smith, od lat cierpiącej na łysienie plackowate. Wtedy na scenę wkroczył Will Smith, mąż aktorki, i uderzył Rocka pięścią w twarz. "Przestań mówić o mojej żonie!", wykrzyczał jeszcze po powrocie na miejsce, wplatając w to kilka soczystych wyrazów. Sala zamarła.

W ten oto niewyreżyserowany sposób życie jakoby dopisało scenariusz do filmu "King Richard", za rolę w którym kilkadziesiąt minut po incydencie z Rockiem Smith odebrał swojego pierwszego Oscara. "Richard Williams był obrońcą swojej rodziny...", zauważył gwiazdor, zanim się rozkleił. "Będą cię obrażać, i trzeba się uśmiechać i udawać, że nic się nie stało...", mówił, nawiązując do utraty panowania nad sobą, ale i do swojej kariery, i generalnie do modelu funkcjonowania w show-biznesie. "Mam nadzieję, że Akademia mnie jeszcze kiedyś zaprosi...", rzucił na odchodne ze słodko-gorzkim uśmiechem.

Cóż, Akademia ma prawo mieć pretensje do Smitha. W końcu bardzo się starała uatrakcyjnić, zdynamizować i odmłodzić galę. Na scenie przewijały się najmodniejsze nazwiska, jak Jacob Elordi z serialu "Euforia", na nagraniu koreański boysband BTS opowiadał o ulubionych musicalach. Hollywood oddawało hołd samemu sobie - pojawiały się całe "rocznicowe" ekipy filmów "Pulp Fiction", "Juno", "Biali nie potrafią skakać", celebrowano 50-lecie "Ojca chrzestnego" i 60. urodziny Jamesa Bonda. Ale pięść Willa Smitha lądująca na podbródku Chrisa Rocka przyćmiła wszystko. Łącznie z największą niespodzianką tego rozdania: trzema Oscarami dla filmu "CODA", w tym dla najlepszego filmu roku.

Poświęcona społeczności głuchoniemych "CODA" pokonała faworyzowane "Psie pazury", wpisując się w widoczną od paru sezonów na gali oscarowej inkluzywność. W podobnym duchu lesbijka Ariana DeBose swoją statuetkę za drugi plan w "West Side Story" dedykowała homoseksualnym kobietom, a Jessica Chastain nagrodzona za rolę pierwszoplanową w "Oczach Tammy Faye" - społeczności LGBT w ogóle. Niemniej najprawdziwszym i najszczerszym momentem imprezy - niezależnie od oceny samej sytuacji - był ten, kiedy Will Smith wyszedł z roli.