"Olbrzym i zapluty karzeł reakcji" - głosił napis na plakacie. Scena śmierci Tadeusza (w tej roli Antoni Pawlicki) kojarzy się nieodparcie z zakończeniem "Popiołu i diamentu" - dzieje się jednak na nie śmietniku, tylko na ulicy królewskiego Krakowa - miasta, w którym w 1946 r. dwudziestoletni Andrzej Wajda zaczął studiować malarstwo w Akademii Sztuk Pięknych.

Reklama

Jeszcze wcześniej - w 1996 r. - na łamach "Kwartalnika Filmowego" Andrzej Wajda wspominał: "Losy chłopców z +Kanału+, Tadeusza z +Krajobrazu po bitwie+, Marcina z +Pierścionka z orłem w koronie+, a także Maćka Chełmickiego z +Popiołu i diamentu+ mogły być moim udziałem". "Po prostu miałem więcej szczęścia. Przypadek sprawił, że nie znalazłem się w ich sytuacji, więc moim obowiązkiem było na miarę mojego talentu, moich zdolności i moich możliwości opowiedzieć o ich losach" - wyjaśnił.

Bez tych filmowych opowiadań twórcy "Ziemi obiecanej" polskie kino, a także teatr wyglądałyby zupełnie inaczej - bardziej ubogo. Imponujący dorobek wybitnego artysty, który nie działał w próżni, ale w pozostającym pod sowiecką dominacją PRL-u, musiał mieć swoją cenę.

Niedoszły student sztuk pięknych Tadeusz płaci cenę życia za bezkompromisowść - nie chce wykreślić ze swego CV informacji, że jego ojciec został zamordowany przez Sowietów w Katyniu, bo - jak podkreśla - "życiorys ma się tylko jeden". Wątek Tadeusza wydaje się aktem ekspiacji reżysera, który w 1946 r. wstąpił do Polskiej Partii Robotniczej.

"Katyń"

Sam "Katyń" - film, którego realizacja w czasach PRL-u była praktycznie niemożliwa - jest spłatą swoistego długu zaciągniętego wówczas wobec pamięci o ojcu kapitanie Wojska Polskiego Jakubie Wajdzie - zamordowanym w kwietniu 1940 r. w Charkowie. Dążąc do jego realizacji, reżyser nie zawahał się zablokować realizacji "konkurencyjnego" projektu - filmu pt. "Las", który miał reżyserować Robert Gliński na podstawie scenariusza Cezarego Harasimowicza.

Reklama

Starałem się go przekonać, że to, iż on chce taki film zrobić, w żadnym wypadku nie stoi na przeszkodzie, żebym również ja zajął się tym tematem. Przecież nasze filmy będą zupełnie inne i między innymi w tym będzie tkwić ich siła. Należymy przecież do innych pokoleń, a takie odmienne spojrzenie na ten bardzo ważny temat byłoby bardzo interesujące. Zbrodnia katyńska jest na tyle wielką tragedią, że nawet te dwa filmy i tak nie wyczerpią wszystkich możliwych aspektów opowiedzenia o tym strasznym ludobójstwie. Takich filmów powinno powstać kilka - wspominał swoją rozmowę z Andrzejem Wajdą w wywiadzie dla "Stopklatki" (18 października 2000 r.) Robert Gliński.

Pomimo moich argumentów Wajda nie dał się przekonać i trzymał się uparcie stanowiska, że to on powinien zrobić ten film. Twierdził, że film o Katyniu ma być dziełem jego życia, że bardzo mu na tym zależy, ponieważ w Katyniu zginął jego ojciec. A to nieprawda, gdyż jego ojciec został rozstrzelany w piwnicach w Charkowie. W Katyniu było wprawdzie dwóch Wajdów, ale żaden z nich nie był ojcem pana Andrzeja. No i praktycznie na tym cała sprawa mojego filmu o Katyniu zamknęła się - opowiadał.

Pokazałem scenariusz paru producentom, jednak każdy z nich zwracał mi go po paru tygodniach, bezradnie rozkładając ręce. Jeśli na przykład poszli po pieniądze do Telewizji Polskiej, to spotykali się tam z reakcją tego typu: nie damy na wasz film pieniędzy, ponieważ ten temat zarezerwował sobie Andrzej Wajda. W Komitecie Kinematografii było tak samo - mówił Gliński. Myślałem, że Andrzej Wajda, którego dorobek bardzo szanuję, ma już taką pozycję, która pozwoli mu potraktować mnie nie jako rywala, ale jako kogoś, komu trzeba pomóc. Tak, moim zdaniem, powinien zachować się ktoś z klasą, ktoś, kto jest ponad tym całym bazarem i małostkowymi przepychankami. Niestety tak się nie stało - ocenił. Dodał, że konflikt wywołany przez Wajdę był "całkowicie pozbawiony sensu".

Gdyby prace nad naszym filmem o Katyniu postępowały zgodnie z planem - zdjęcia miały rozpocząć się jesienią ubiegłego roku - to prawdopodobnie ów film zostałby pokazany na tegorocznym festiwalu w Gdyni. Najpóźniej po roku wrzawa wokół niego by opadła i wtedy Wajda mógłby spokojnie pokazać swój film - wyjaśnił Gliński. "On jednak zaprotestował, pomimo że nie miał nawet scenariusza i, z tego, co wiem, ciągle go nie ma. Wajda po prostu chce zrealizować ten temat jako pierwszy i chwała mu za to, ale przecież nikt i nic nie daje mu prawa do wyłączności" - dodał. Zarzucił Wajdzie "polską małostkowość" i "kompletny brak przenikliwości".

Incydent, poza ujawnieniem niezbyt ładnych cech charakteru wybitnego artysty, świadczy o jego determinacji - najwyraźniej "Katyń" miał być wyczekiwanym przeszło pół wieku zwieńczeniem kariery, "dziełem życia" Wajdy. Przy okazji pokazuje również pozycję, jaką miał w ówczesnej polskiej kinematografii. Podobną władzę nad "najważniejszą ze sztuk" miał chyba jedynie Aleksander Ford. Czterdzieści lat wcześniej Wajda po Srebrnej Palmie w Cannes dla "Kanału" "zapomniał" o koleżeńskiej umowie z Kazimierzem Kutzem, który realizując 600 metrów zdjęć w kanałach - jedną trzecią całości - miał zrobić dyplom szkoły filmowej. Kutz potraktował rzecz honorowo, "postanowił dyplomu nie mieć, a to znaczy, całe życie pracować za niższe stawki niż się należały" - przypomniała Elżbieta Baniewicz w "Twórczości.pl" (3/2019).

Honorowy Oscar

Na tę pozycję Wajda zapracował solidnie - za całokształt twórczości w 2000 r. został nagrodzony honorowym Oscarem. Wcześniej do Oscara za najlepszy film obcojęzyczny nominowane były trzy dzieła Wajdy: "Ziemia obiecana" (1975), "Panny z Wilka" (1979) i "Człowiek z żelaza" (1981). Za 2007 r. nominację dostał jeszcze "Katyń".

Andrzeja Wajdę odznaczono najważniejszymi orderami - m.in. Sztandaru Pracy w PRL (1975) i Orła Białego w RP (2011), był też laureatem naprawdę wielu prestiżowych wyróżnień, i branżowych nagród. "Na pierwszy rzut oka ta imponująca kolekcja nagród wydaje się rzadkim przykładem życiowego i artystycznego spełnienia: przyglądając się jej, odczuwamy satysfakcję, że nasz narodowy artysta został doceniony przez obcych; a że realizował swoje utwory w pewnym sensie w imieniu nas wszystkich, swoich rodaków, także i my możemy poczuć się docenieni" - napisał prof. Tadeusz Lubelski w tekście pt. "Nagrody Andrzeja Wajdy" opisującym wystawę "Oscar i inne… Nagrody filmowe Andrzeja Wajdy" w Ossolineum w 2010 r. Lubelski rozdzielił Wajdowe wyróżnienia na "przecenione" i "niedocenione". "W rzeczywistości jednak owa lista nagród jest tekstem osobliwym, zdającym sprawę nie tyle z hierarchii wartości, obowiązującej w minionym półwieczu, ile z nawiedzających ten czas meandrów polityki" - wyjaśnił.

Do filmów niedocenionych zaliczył "Popiół i diament" oraz "Człowieka z marmuru" - jego zdaniem powinny były otrzymać Złote Palmy w Cannes. "Szczególnie spotkanie +Popiołu i diamentu+ z nowymi arcydziełami Francuzów, do którego powinno było dojść w canneńskim konkursie wiosną 1959 roku, byłoby zapewne zdarzeniem przez dziesięciolecia komentowanym przez historyków: byłaby to wszak konfrontacja rodzącej się Nowej Fali ze Szkołą Polską, dwóch odmiennych estetyk, na różne sposoby zwiastujących odnowę kina. Nie doszło do takiej konfrontacji, ponieważ nasze komunistyczne władze nie godziły się na pokazywanie za granicą +Popiołu i diamentu+ w 1958 roku, podobnie jak dziewiętnaście lat później − +Człowieka z marmuru+" - zwracał uwagę prof. Lubelski.

Oba te filmy wyświetlono w Cannes z rocznym opóźnieniem - i tylko nagroda międzynarodowej prasy filmowej FIPRESCI - która może być przyznawana filmom pozakonkursowym - stanowiła nikłą rekompensatę.

Złota Palma w Cannes

"Najwyrazistszym przypadkiem" filmu przecenionego - według Lubelskiego - była Złota Palma w Cannes dla "Człowieka z żelaza". Ta najcenniejsza nagroda festiwalowa w dorobku Wajdy przypadła wszak jednemu z jego dzieł mniej udanych pod względem artystycznym: operującemu uproszczoną wizją najnowszych dziejów, pełnemu psychologicznych stereotypów, będącemu − mówiąc najkrócej − wytworem chwili" - ocenił. Temu nastrojowi chwili poddali się wówczas − wiosną 1981 roku, u szczytu sezonu pierwszej "Solidarności" − zarówno canneńscy jurorzy, jak i zachodni krytycy; jeden z najbardziej znanych, David Robinson, napisał wtedy: Światowa premiera +Człowieka z żelaza+ Andrzeja Wajdy jest niezaprzeczalnie największym wydarzeniem historycznym, jakie widział festiwal w Cannes w ciągu trzydziestu czterech lat swego istnienia - wyjaśnił. W pewnym sensie i samo przyznanie "Człowiekowi z żelaza" Złotej Palmy było bardziej wydarzeniem historycznym niż artystycznym - dodał.

Jednak gdy "Człowiek z żelaza" uzyskał nominację do Oscara dla najlepszego filmu obcojęzycznego, państwowe przedsiębiorstwo "Film Polski" wycofało go z konkursu, tłumacząc to posunięcie "zaostrzeniem kampanii antypolskiej w USA", a nie marną jakością artystyczną dzieła Wajdy. O decyzji poinformowano 27 lutego 1982 r. - miesiąc przed galą oscarową.

"Ziemia obiecana" najbardziej niedocenionym filmem

Najbardziej niedocenionym jednak dziełem Wajdy wydaje się "Ziemia obiecana", którą szwedzki reżyser filmowy i teatralny Ingmar Bergman uznał za jeden z dziesięciu najważniejszych filmów w historii kina. Nominowany do Oscara obraz - będący w opinii wielu "dziełem życia" reżysera - przegrał z koprodukcją sowiecko-japońską pt. "Dersu Uzała".

"Polityczne zamieszanie przekreśliło szansę Wajdy na Oscara. Dość powiedzieć, że w uzasadnieniu nagrody dla filmu +Dersu Uzała+ Akiry Kurosawy Akademia napisała, że nagradza film +nieobrażający niczyich uczuć+" - przypomniał filmoznawca Bartosz Staszczyszyn (Culture.pl,2015).

"Zawsze chciałem zrobić taki +amerykański+ film. Nic dziwnego, że nominacja do Oscara budziła nadzieję na zainteresowanie w USA" - napisał Wajda w swej autobiografii pt. "Kino i reszta świata" (2000). "Prędko jednak miałem się rozczarować. Konferencja prasowa w Hollywood sprowadziła się do dyskusji wokół polskiego antysemityzmu, a zakończyła wręcz absurdalnie. Pewien dziennikarz, przybyły z Izraela, który najostrzej krytykował mój film, na pytanie, gdzie widział +Ziemię obiecaną+, odpowiedział: +Ja wcale nie muszę oglądać tego filmu, wystarczy, że przychodzi z Polski+. Zrozumiałem wtedy, że tragicznego spadku po zagładzie Żydów na polskich ziemiach nie może załatwić żaden film, a już z pewnością nie polski" - wspominał. "Zrozumiałem też, że nic i nikt nie zmieni tych ocen. Żydzi w USA nie chcą się wywodzić od tych bezwzględnych w interesach twórców +Ziemi obiecanej+, oni raczej wolą pochodzić od sympatycznego +Skrzypka na dachu+" - podsumował.

Olbrychski: Niechęć do "Ziemi obiecanej" wywołał rzekomy antysemityzm filmu

"Niechęć części Amerykańskiej Akademii Filmowej wywołał rzekomy antysemityzm filmu" - ocenił Daniel Olbrychski cytowany w książce Bartosza Michalaka pt. "Wajda. Kronika wypadków filmowych". "Co im tam, że Polak jest przedstawiony jak szuja. Zobaczyli tylko kilku skarykaturyzowanych Żydów, choć takich samych Żydów można dziś spotkać na Manhattanie przy którejś tam avenue. Członkowie Akademii jakoś nie spostrzegli, że najsympatyczniejszą postacią filmu jest Moryc Welt" - dodał.

"Szwecja początkowo nie chciała wpuścić tego filmu, dostrzegając w nim elementy antysemityzmu, z czym byli zgodni niektórzy ludzie w kraju" - czytamy w "Uwagach w sprawie dyskusji wokół filmu A Wajdy +Ziemia Obiecana+" opracowanych w Wydziale Pracy Ideowo-Wychowawczej KC PZPR. Wymienieni w "Uwagach…" personalnie publicystka i historyk Bożena Krzywobłocka oraz redaktor naczelny tygodnika "Ekran" Benedykt Nosal - "przeciwnie - uważają, że Wajda kosztem Polaków podnosi zalety sylwetek Żydowskich". "Zagubiony w analizie intencji Wajdy B. Nosal zaczął domniemywać nawet, że film stanowi odniesienie do marca 1986 r." - oceniono w "Uwagach…", których adresatem były zespoły cenzorskie Głównego Urzędu Kontroli Prasy Publikacji i Widowisk.

Cenzorzy zastosowali je w praktyce - gdy Wajda natknął się na głównego ideologa komunistycznej partii Jana Szydlaka, ten zawołał; "No panie Wajda, jest pan chyba zadowolony, krytyka wyciszona…".

"Trzeba ostrożnie podkreślać, że Wajda opowiedział się klasowo"

Jednak autorom "Uwag…" zapisanych w 1975 r. chodziło niewątpliwie o coś więcej niż tylko sterowanie odbiorem "Ziemi obiecanej" - myśleli strategicznie. "Wajda zarysował obraz potwornego wyzysku klasy robotniczej, solidarność kapitału, ideały i poświęcenie sprawie przedstawicieli rozwijającego się ruchu robotniczego (zauważmy, że w szeregach robotniczych Wajda nie podnosi kwestii narodowości działających robotników - prekursorów walki klasowej. Zarówno dla widza krajowego, jak i zagranicznego, dla którego nazwisko Wajdy jest znaczącą rekomendacją, film jest dobrą lekcją o naszych racjach" - wyjaśniali. "Trzeba ostrożnie podkreślać, że Wajda opowiedział się klasowo. Taki tryb patrzenia na sprawę, wzmacniając wymowę faktów dokonanych, może oddalić Wajdę od środowisk nieżyczliwych sztuce zaangażowanej, zbliżyć do naszego zaplecza artystyczno-propagandowego" - napisano rok przed Czerwcem '76. "Nie wolno kreować Wajdy na barda marksizmu, ale należy podkreślać obiektywną wychowawczo-ideową wartość +Ziemi obiecanej" - podsumowali.

Taktycznie "niekreowany na barda marksizmu" Wajda do 1980 r. nie podpisał żadnego z głośnych "Listów" polskich intelektualistów protestujących przeciwko peerelowskiej polityce. "podpisawszy któryś z protestów, nie mógłbym się dziwić, że moje filmy zniknęły z ekranów, a kolejny scenariusz czeka na decyzję latami" - napisał reżyser w autobiografii. "Piękny i szlachetny był publiczny sprzeciw; nieźle też jednak, myślę, było czasem zrobić film taki jak +Człowiek z marmuru+… ale niestety te dwie rzeczy wykluczały się całkowicie" - podsumował.

"Na podstawie cytatów i opisów tego, co było, wydaje mi się, że motorem wszelkich działań Pana Andrzeja była chęć ciągłego kręcenia filmów, reżyserowania sztuk" - napisał reżyser(dyplom PWSTTviF 1986) Piotr Włodarski w książce pt. "Pan Andrzej" (2001) wydanej własnym sumptem i opatrzonej nadtytułem "KŁAMCA, MITOMAN CZY KONFORMISTA - RZECZ O TOWARZYSZU Andrzeju WAJDZIE". "Lecz myliłby się ktoś, twierdząc, że to kolejna wersja mitu o Fauście. Faustem kierowała ciekawość naukowca, był poszukiwaczem, a życiorys Pana Andrzeja bardziej przypomina życiorys najemnika. A może gracza politycznego? Bo przecież doskonale zdawał sobie sprawę z tego, że realizując takie a nie inne filmy, aktywnie uczestniczy w działaniach propagandowo-agitacyjnych" - dodał.

Książka nie spotkała się z żadną reakcją artysty.

"Aby film mógł wpływać na politykę, jego twórca musi mieć wyraźne poglądy" - napisał Wajda w rozdziale autobiografii zatytułowanym "Mój romans z władzą". "Jeśli autorzy współczesnych filmów mają w ogóle jakieś poglądy polityczne, są one raczej ogólnie postępowe - zielono-różowe" - ocenił.

Autobiografię zakończył anegdotą o tresowanej papudze Jana Ignacego Paderewskiego, która podczas ćwiczeń pianisty miała siedzieć na fortepianie i powtarzać: "Mistrzu, ach, jakie to piękne!".

"Coraz bardziej czuję, że taki mądry, tresowany ptak jest mi nieodzownie potrzebny" - podsumował Andrzej Wajda.