"" - mówił prowadzący program "i" w 1967 r.
Krzysztof Komeda był prekursorem jazzu nowoczesnego w Polsce. W jego sekstecie grali Jerzy Milian, Stanisław Pludra, Józef Stolarz, Jan Wróblewski i Jan Zylber. Grał też w trio, kwartecie i kwintecie z muzykami takimi, jak Jan Byrczek, Roman Dyląg, Adam Skorupka, Tadeusz Federowski, Adam Jędrzejowski, Andrzej "Fats" Zieliński, Rune Carlsson, Czesław Bartkowski, Tomasz Stańko, Maciej Suzin, Janusz Kozłowski i Michał Urbaniak.
Sam Komeda w wywiadzie udzielonym w 1967 r. dziennikarce Polskiego Radia pytany o jazz nowoczesny mówił, że ten rodzaj muzyki najbardziej go frapował, i że wiedział, że to jest jedyny kierunek, w którym najpełniej może się wypowiedzieć.
Pracoholik i introwertyk
Zdaniem syna Zofii Komedowej Tomasza Lacha, "Komeda był pracoholikiem, introwertykiem". "" - wspominał.
Zdradzając swój warsztat pracy dziennikarce Polskiego Radia, Komeda wyznał, że w domu robi coś w rodzaju szkicu. " - tłumaczył. Właśnie dlatego w ocenie Komedy, niezmiernie ważne jest, z kim po raz pierwszy się próbuje nową kompozycję. Opowiadał, że utwór "Astigmatic", pierwszy raz grał z perkusistą Rune Karlssonem, co "dało zupełnie nowe możliwości, bo on niebywale czuje to, co ja proponuję" - dodał. Podkreślał wagę pierwszego zetknięcia się muzyków z tym materiałem - zetknięcie się idei wymyślonej w domu z pierwszą realizacją materiału dźwiękowego.
Podczas jednego z wyjazdów sekstetu Komedy Jerzy Skolimowski została zaangażowany jako oświetleniowiec. Potem Trzciński skomponował muzykę do jego filmów "Start", "Ręce do góry", "Bariera". Zdaniem Skolimowskiego Komeda był wspaniały. "" - wspominał.
Komeda w ciągu jedenastu lat stworzył muzykę do ponad 65 filmów polskich i zagranicznych - to m.in. "" Andrzeja Wajdy, "Do widzenia, do jutra" Janusza Morgensterna, "Nóż w wodzie", "Matnia" i "Nieustraszeni pogromcy wampirów" Romana Polańskiego, "The Riot" Buzza Kullika. Jego najbardziej znane dzieła to kołysanka z filmu "Dziecko Rosemary" Polańskiego, piosenka rozpoczynająca "Prawo i pięść" Jerzego Hoffmana i Edwarda Skórzewskiego oraz "Ballad for Bernt" z "Noża w wodzie".
Być może z powodu braku formalnej edukacji muzycznej jego muzyka była tak osobista. "y" - mówił w Polskim Radio.
W styczniu 1968 Krzysztof Komeda wyjechał do Stanów Zjednoczonych. Właśnie tam pracował nad muzyką do filmów "" i "". Ewy Krzyżanowska matka Marka Nizińskiego, przyjaciela Komedy, w książce Tomasza Lacha " przytoczyła swoje pierwsze wrażenie po spotkaniu Komedy w Stanach: "Krzysio, nasz ukochany, już od pierwszego dnia i pierwszej rozmowy Komeda ujął nas wszystkich swoją skromnością, emanującym z niego spokojem, przyjaźnią i uprzejmością".
Krzyżanowska wspominała, że Komeda "", "" - opowiadała.
Kariera w Stanach
W USA Komeda bardzo ciężko pracował, pisząc muzykę m.in. dla studia Paramount, przyjaciele wspominali, że zawsze miał przy sobie papier nutowy. Na początku kariery w USA Komedzie pomagał Jerzy Arbatowski, który m.in. przepisywał na czysto jego zapiski. Lach w swojej książce opisał, że Komeda podczas bankietu urodzinowego jednego z najbardziej wpływowych producentów filmowych, współwłaściciela największej w Stanach sieci dystrybucyjnej miał być oficjalnie przedstawiony i zapoznany z szefami przemysłu filmowego, z którymi będzie pracował. Na bankiecie był z nim Marek Niziński. W pewnym momencie zobaczył Komedę pochylonego nad klawiaturą fortepianu, który był w sali. "" - wspominał.
Komeda planował pozostać w USA, kupił nawet dom w Los Angeles. Po "" zaczął pracę nad filmem "The Riot" - piosenka "100 Years" z tego filmu śpiewana przez Billa Medley'a została kolejnym po kołysance z filmu Polańskiego przebojem. Hollywood bardzo nie podobało się żonie - Zofii Komedowej, która po kilku miesiącach pobytu w Stanach wyjechała stamtąd i namawiała Komedę, aby zamieszkał z nią w którymś z europejskich krajów, skąd mógłby latać do Ameryki.
Kiedy kariera Komedy nabierała rozpędu 12 października 1968 r. miał miejsce tragiczny wypadek. Jest kilka wersji. Pierwsza opowiadana była przez Zofię Komedową i jej syna Tomasza Lacha oraz Ewę Krzyżanowską. Można ją znaleźć m.in. w cytowanych tu książkach Magdaleny Grzebałkowskiej, Lacha oraz we wspomnieniach Zofii Komedy "Nietakty. Mój czas, mój jazz". Według tej wersji po jednej z imprez Komeda i Marek Hłasko zostali w nocy sami w domu Komedy. Pijani postanowili pójść na spacer, podczas którego Komeda spadł ze stromej skarpy na asfalt. Hłasko zszedł po niego i kiedy próbował wspiąć się po skarpie niosąc nieprzytomnego Komedę, ten ześlizgnął się z jego pleców. Następnie Hłasko odpadł od zbocza i upadł na Komedę. Hłasce udało się zatrzymać przejeżdżający samochód i poprosił siedzącego w nim człowieka o wezwanie karetki.
Drugą wersję opowiedział biografce Komedy Magdalenie Grzebałkowskiej Andrzej Krakowski, który był świadkiem zdarzenia. Książka ukazała się dopiero w 2018 r. do tego momentu wersja ta nie była znana. Krakowski wspominał, że był wtedy w domu Komedy razem z Jerzym Abratowskim, Markiem Hłaską, Elaną Eden, swoją siostrą Elżbieta i Markiem Nizińskim. Między Hłaską a Abratowskim wywiązała się kłótnia, którą zaognił właśnie przybyły Wojciech Frykowski, nazywając Hłaskę pasożytem. "Skoczyli sobie do oczu. Dziewczyny rzuciły się ich rozdzielać" – wspominał Krakowski. W tym czasie Komeda wyruszył na spacer "ścieżką wyłożoną rudo-czarnym łupkiem. Wiodła między basenem a skarpą, której krawędzi nie odgradzały żaden płot ani mur. Marek pobiegł truchtem za Krzysiem, wołał: +Powiedz, że nie jestem pasożytem!+" - relacjonował. I dalej opowiadał: "widzieliśmy, jak próbował zarzucić mu ramię na szyję, w przyjacielskim geście. Jakby półnelsona. A Krzyś, który szedł od strony skarpy, zrobił unik jak na ringu bokserskim. I nagle zniknął. (…) Następnie Hłasko zarzucił sobie Komedę na ramię i zaczął wspinać się z powrotem po skarpie zamiast pójść ścieżką. Niestety ześlizgnął się i spadł na głowę Komedy, który w wyniku ponownego wstrząsu na pół minuty stracił przytomność. Krakowski wspominał, że kiedy "Krzyś już dochodził do siebie. Zaczął się śmiać. Nie był zły na Hłaskę" – opowiadał.
Muzyk trafił do szpitala, z którego wyszedł po kilku dniach, jednak po chwilowej poprawie, bóle głowy powracały, a Trzciński tracił czasem przytomność. Ostatecznie okazało się, że trzeba operacyjnie usunąć skrzep w mózgu. Po operacji nie poznawał już nikogo. Żona przywiozła go nieprzytomnego do Polski, gdzie zmarł 23 kwietnia 1969 roku. (