"Magnezja" to opowieść o losach przestępczej rodziny mieszkającej na pograniczu polsko-sowieckim w okresie dwudziestolecia międzywojennego. Po śmierci ojca na czele rodu staje Róża Lewenfish (w tej roli Maja Ostaszewska), która postanawia poszerzyć działalność rodu o handel narkotykami sprowadzanymi od wschodnich sąsiadów. W przemycie pomagają jej siostry Zbroja (Borys Szyc) i Lila (Małgorzata Gorol). Majątek kobiet pragną wykraść syjamscy bracia Albert i Albin Hudini (Dawid Ogrodnik i Mateusz Kościukiewicz), prowadzący mały zakład fotograficzny. W realizacji planu ma im pomóc Helena (Magdalena Boczarska). W pozostałych rolach zobaczymy m.in. Agatę Kuleszę, Andrzeja Chyrę i Bartosza Bielenię.

Reklama

"Magnezja" to film gatunkowy, western przeniesiony w polskie realia, z dużą dozą humoru, scenami pościgów konnych, strzelaninami. Brakowało panu tego w polskim kinie?

Maciej Bochniak: Tak, zresztą nie tylko w polskiej kinematografii. Gdy przygotowywałem się do pracy nad "Magnezją", zacząłem szukać tego typu filmów poza Ameryką i Azją i okazało się, że jest z tym problem. Trochę mnie to zaskoczyło. Sądziłem, że z łatwością znajdę wiele tytułów, ale research internetowy doprowadził mnie zaledwie do kilku. Uświadomiłem sobie, że szalenie rzadko robi się w Europie tego typu kino. Nie mówię, że to był powód, dla którego chciałem zrobić "Magnezję". Wręcz przeciwnie, ona wzięła się z osobistych fascynacji gatunkiem filmowym. To wyłącznie obserwacja, dzięki której zacząłem czerpać inspiracje ze Stanów Zjednoczonych i z Azji.

Ten film jest antologią tego, co pana w kinie interesuje?

Zdecydowanie tak. Uważam, że twórcy czerpią albo z życia albo z kina. Ja należę do tych, którzy czerpią z kina. Film to mój dialog z fascynacjami, które przeżywam w zasadzie od dziecka. W warstwie języka filmowego "Magnezji" odwołuję się do klasyki nurtu, który bardzo cenię, czyli głównie westernu i filmu gangsterskiego. Świadomie nawiązuję do różnych tytułów, ale historia, którą opowiadam, jest całkowicie autorska, oparta na własnych pomysłach.

Pana film przywodzi skojarzenia z kinem Sergia Leone. Widzę w nim też sporo z filmów Quentina Tarantino.

To tak naprawdę jeden zbiór inspiracji, bo Tarantino czerpie z Leone i z kinematografii azjatyckiej, a Leone inspirował się kinem japońskim. Ten nurt rozwijał się od wczesnych lat 60. W centrum stawiał bohatera, który ma charakter wojownika, musi przejść drogę związaną nie tylko z wewnętrznymi, ale i zewnętrznymi przeżyciami, konfliktami, z pokonywaniem własnych słabości. Bardzo podoba mi się w kinie mitologiczna podróż bohatera. Chciałem napisać taką historię, ale zamiast jednego bohatera pokazać wiele równorzędnych postaci.

Reklama

Wracając jeszcze na chwilę do Tarantino, muszę przyznać, że jest dla mnie wyjątkową inspiracją. Wynika to nie tylko z jego filmów, ale też z drogi, jaką przeszedł. Bardzo podobają mi się tytuły, z których czerpie, sposób ich doboru. Mieszkałem w Stanach akurat w tym czasie, kiedy Quentin Tarantino ponownie otworzył kino w Los Angeles. Często jeździłem tam oglądać filmy, które programował. Były wśród nich stare westerny, amerykańskie filmy klasy B i kino Azji. Odtwarzano je z oryginalnych taśm 35 mm, które Tarantino gdzieś odkopał i dołączył do swojej kolekcji. To była podróż nie tyle w głąb jednego twórcy, ile w głąb artysty otwierającego przed tobą wielkie wrota do gatunku filmowego, który obecnie jest w wielu miejscach na świecie.

Zgromadził pan wokół siebie świetnych współpracowników – poczynając od obsady, przez twórcę muzyki, charakteryzatora, na producentach kończąc. Sądząc po tym, co widać na ekranie, chyba nietrudno było ich namówić do udziału w tym przedsięwzięciu.

To prawda. Właściwie nikogo nie musiałem szczególnie przekonywać. Wszyscy chwycili bakcyla i stwierdzili, że udział w tym filmie może być naprawdę twórczą zabawą. Cieszę się, że tak też było. Od początku wiedziałem dokładnie, na jakim efekcie mi zależy. W tego typu kinie ważne jest, żeby bohaterowie od początku wywoływali określone uczucia i emocje. Widz powinien czuć podskórnie, że ktoś jest dobry, a ktoś zły. Chciałem, by aktorzy nie nadużywali środków, ale od początku tworzyli bardzo wyraziste postacie. To wymaga odwagi zerwania z minimalistycznością gry, którą większość zaproszonych aktorów miała w sobie, bo tego wymaga się w kinie psychologicznym, do którego są przyzwyczajeni. Zależało mi, żeby to przełamać.

Scenariusz stworzył pan wspólnie z Mateuszem Kościukiewiczem, z którym wcześniej napisaliście "Disco polo". To osoba, która patrzy na kino podobnie jak pan?

W dużej mierze tak. Oczywiście, jest też wiele punktów, w których się ze sobą nie zgadzamy, ale w procesie tworzenia świetnie się uzupełniamy. Dlatego po "Disco polo", gdzie zrobiliśmy pierwsze kroki jako scenarzyści, kontynuacja współpracy wydawała nam się czymś naturalnym. Zwłaszcza, że nasza marka jako scenarzystów została zauważona i propozycja, którą przedłożyliśmy, spotkała się z dużym zainteresowaniem publiczności, zyskała fanów. Pewnego dnia po prostu usiedliśmy z Mateuszem do stołu i zaczęliśmy zastanawiać się, co byśmy chcieli teraz zrobić. Od razu rzuciło nas obu w ramiona kina gangsterskiego. Zwizualizowaliśmy sobie pościgi, strzelaniny i stwierdziliśmy: "zabawmy się takim gatunkiem".

Akcję filmu umieściliście na pograniczu polsko-sowieckim na przełomie lat 20. i 30. XX wieku. Jak zbudowaliście ten świat?

Zaczęło się od bardzo dużego researchu. Poszukiwania albumów i starych nagrań filmowych, które mogłyby nam pomóc wyobrazić sobie pogranicze, trwały prawie trzy lata. Wspomagaliśmy się też książkami. Kwestie dotyczące przemytników i gangsterskich historii znaleźliśmy w literaturze Sergiusza Piaseckiego, która stała się dla nas biblią w procesie budowania tego świata. Kiedy zbudowaliśmy podstawę, odeszliśmy od realiów historycznych, pozwalając fantazji, by tę historię przetłumaczyła na język kina. Nie chcieliśmy robić filmu historycznego o wielopokoleniowej rodzinie ani tworzyć kolejnego martyrologicznego obrazu o wielkim Polaku czy grupie społecznej, której należy się uznanie. Kompletnie nie o to chodziło. Gdy obedrzemy tę historię z epokowości, kostiumów, zmian w języku to okazuje się, że ci ludzie żyli podobnie jak my. Doświadczali uniesień, zdrad, mieli swoje kodeksy. Postanowiliśmy się w to zagłębić.

Stworzyliście bardzo wyraziste postacie kobiet, które rozdają karty w gangsterskim świecie.

Przystępując do pisania, wymyśliliśmy, że fajnie byłoby zerwać z obrazem silnych mężczyzn utytłanych ropą i błotem, wyposażonych w strzelby. Postanowiliśmy, że spojrzymy na tę historię z innej perspektywy, pokażemy, co by było, gdyby to kobiety przejęły władzę w tamtym świecie i były na równi z mężczyznami, a może nawet silniejsze niż oni. Wydawało nam się to ciekawe i jednocześnie uzasadnione geopolitycznie, bo Polska jest krajem bardzo silnych kobiet, które obecnie zdecydowanie dochodzą do głosu, należytych funkcji publicznych. A poza tym mamy w Polsce tak fantastyczne aktorki, że chcieliśmy zaproponować im coś ciekawszego niż przystawkę do ról męskich.

Wspaniała jest muzyka, za którą odpowiada Jan A.P. Kaczmarek. Dla pana jako osoby z wykształceniem muzycznym ta sfera ma w filmie szczególne znaczenie?

Dla mnie film jest także źródłem muzyki. To się tyczy zwłaszcza tego gatunku. W westernach odnajdziemy całe sekwencje, w których to obraz akompaniuje muzyce. Trzyminutowe ujęcie kowbojów jadących przez prerie oglądamy po to, żeby Ennio Morricone mógł zagrać piękny utwór. W "Magnezji" zrobiłem kilka takich ujęć. Powierzyłem tę sferę Janowi i bardzo cieszę się, że zaszczycił mnie swoją muzyką, bo zrobił to fantastycznie. A zadanie nie było łatwe, bo z jednej strony trzeba było wymyślić coś budującego westernowy charakter, a z drugiej – zachować sznyt geopolityczny naszego środka czy też wschodu Europy. Stąd dobór instrumentarium, które łączyło się z Polską, płynne przejścia, akordeon, skrzypce, które brzmią bardziej jak nasze niż wzięte z Dzikiego Zachodu.

"Magnezję" właśnie oddał pan festiwalowej publiczności, a za kilka dni w TVN rozpoczyna się emisja serialu "Królestwo kobiet", który pan zrealizował. Teraz czas na chwilę oddechu czy ma pan już coś nowego w zanadrzu?

Obecnie rozwijamy kolejny projekt z Mateuszem Kościukiewiczem – tym razem serialowy. Jesteśmy na etapie pisania scenariusza o końcu świata, więc znowu odpływamy w fantazję. Tym razem w przyszłość. Mam jeszcze parę innych pomysłów, które rozwijam w głowie, ale priorytetem jest ten projekt, bo są już plany, aby rozpocząć fazę preprodukcyjną realizacji.

Pandemia mocno komplikuje panu pracę?

Pandemia komplikuje nam promocję "Magnezji". Właściwą premierę planujemy na koniec listopada, ale szczerze mówiąc, nikt nie wie, czy dojdzie do skutku. Wiem, że na światową premierę wyprzedały się wszystkie bilety. Na salę weszło tyle osób, ile mogło – czyli właściwie garstka. Szkoda, bo to duży film rozrywkowy, który jest naszym mocnym hołdem dla westernów z lat 70. Wydaje mi się, że zyskuje, kiedy ogląda się go w dużej grupie. Widzowie mogą nakręcać siebie nawzajem swoimi reakcjami i lepiej przeżyć to doświadczenie. Z drugiej strony czasy są tak wyjątkowe, że już sama możliwość przeniesienia się w inną rzeczywistość, zapomnienia na chwilę o tym nieciekawym świecie za oknem, stanowi wartość. Tego na pewno nie zakładaliśmy.

Rozmawiała Daria Porycka /PAP

Maciej Bochniak (ur. 1984 r.) jest absolwentem Wyższego Studium Scenariuszowego Państwowej Wyższej Szkoły Filmowej, Telewizyjnej i Teatralnej w Łodzi. Jako reżyser i scenarzysta zadebiutował w 2009 r. krótkometrażowym filmem "I Love You So Much". W 2012 r. podczas Open City Doc Fest w Londynie otrzymał wyróżnienie za krótkometrażowy dokument "Przyjęcie". Jest także twórcą dokumentów "Miliard szczęśliwych ludzi" i "Ethiopiques. Muzyka duszy" wyprodukowanych przez HBO, a także współtwórcą krótkometrażowej fabuły "Pokój". Jego debiut pełnometrażowy "Disco polo" w 2015 r. został doceniony Nagrodą "Perspektywa" im. Janusza Morgensterna. Reżyseruje także seriale.