Marcin Cichoński: Dlaczego zdecydowałaś się przyjąć propozycję i zagrać w filmie „365 dni”, ekranizacji bestsellerowej powieści Blanki Lipińskiej?

Reklama

Natasza Urbańska: Propozycja roli była niezwykle kusząca. W filmie jestem antagonistką, czarny charakterem, mocną kobietą porzuconą przez mężczyznę, która będzie próbowała się na nim odegrać. To rola grana po włosku. Wydawało mi się to bardzo ciekawą propozycją aktorsko. To był pierwszy moment, w którym pomyślałam „chciałabym zagrać Annę”. Dopełniała to międzynarodowa obsada, fantastyczny dom produkcyjny i oczywiście Blanka i jej bestsellerowa powieść. Wiele przemawiało za tym, by w to wejść. Oczywiście kontrowersja, która istnieje wokół filmu i książki to fajny kijek w mrowisko na temat naszego postrzegania edukacji seksualnej, czy wręcz jej braku. Boimy się mówić na ten temat, traktujemy jak tabu. A poza tym – to pierwszy polski erotyk. Jestem bardzo ciekawa, nie mogę nic powiedzieć więcej, bo moja rola jest epizodem. Widziałam parę fragmentów filmu. Piękne ujęcia, piękne światło i para naprawdę pięknych, przystojnych kochanków.

O ile się nie mylę, nie uczyłaś się języka włoskiego?

Moje kwestie miałam nagrane przez Włoszkę . Na planie skonfrontowałam to z Michelem. Mój dzień na planie to była ciągła nauka tekstu. Była duża scena balu, miałam dużo czasu, aby się przygotować do mego wejścia. Jestem bardzo wdzięczna Michelowi, że mimo, że miał bardzo dużo pracy, bo miał scenę taneczną, a to był też pierwszy dzień zdjęciowy, pomagalł mi. Po włosku śpiewam, ale mówienie tekstu – to było wyzwanie. Ale fajne, takie rzeczy lubię robić.

A twórczość Blanki Lipińskiej jest ci bliska, czy to książki, po które sięgasz raczej rzadko?

Po otrzymaniu propozycji przeczytałam pierwszą część, by mieć pełny obraz. Ja teraz sięgam po książki… wiesz, z piątej klasy – „Przygody Tomka Sawyera” (śmiech). Czytam je z moją córą. Próbujemy też dużo czytać po angielsku, by nie zapomnieć języka. Na tym się skupiamy.

Pytam o to, bo tak jak było w przypadku książki, tak i filmowi doklejono łatkę. Pojawiły się złośliwe komentarze, że to będzie „Grey według Kiepskich”, czyli słynne „50 twarzy…” w polskiej rzeczywistości. Nie boisz się tych kontrowersji?

Już książka Blanki była kontrowersyjna, a mimo to zobacz, ilu Polaków po nią sięgnęło. Chowali pod biurkiem i czytali. Ludzie są ciekawi i widać jest na to zapotrzebowanie. Ekranizacja nie jest odwzorowaniem jeden do jednego książki. To jest język kina. Blanka na planie rozkwitała. Fajnie było obserwować, jak była we wszystko zaangażowana: od kostiumów, przez dodatki, przez to, jak zagrać. Była wszędzie, pozytywna, konkretna zaangażowana na sto procent. Niesamowicie energetyczna kobieta, miło się na nią patrzyło. A praca trwała od siódmej rano do czasem czwartej w nocy. Widać, że to jest jej żywioł.
A kontrowersje zaczęły się już od książki i myślę, że film jest też kontrowersyjny. I będzie. I to chyba dobrze. Z tego, co widziałam, bardzo fajnie się to ogląda. To jest klasa.

Kontrowersje wywołałem, bo mam wrażenie, że w pewnym momencie przestałaś się przejmować tym, co ludzie powiedzą, napiszą na twój temat. Przeszłaś swoje prywatne piekło hejtu. Rzeczywiście radzisz sobie z tym, czy to jest coś, co potrafi ściągnąć artystę w dół?

Mam taką maksymę: nie przejmuj się tym, na co nie masz wpływu. W internecie jest tak dużo wszystkiego: i złego, i dobrego, i ciekawego, i beznadziejnego, że nie mamy wpływu na to, co anonimowy ktoś napisze na mój temat. Mam wpływ na to, kim jestem,jak ja się rozwijam, jakie mam plany i jak do tego dochodzę. Moja praca w teatrze zaczęła się już ponad 25 lat temu, to jest długa droga. Małymi kroczkami dochodziłam do momentu, w którym teraz jestem. Po drodze bardzo dużo rzeczy się wydarzyło i jestem za to wdzięczna. Jestem silniejsza i mądrzejsza. Może musiałam popełnić parę błędów. Moja płyta sprzed paru lat była takim pierwszym krokiem – chciałam coś zrobić sama, na własną rękę, z nowymi muzykami. Tak, chcę tworzyć muzykę. W tym roku ukaże się moja druga płyta.

Mówisz druga, choć dla niektórych trzecia…

W zasadzie trzecia, ale taka moja - nawet pierwsza. Kompozycje są moje, w dużej mierze także teksty. Dojrzałam do mojej propozycji. To będzie inna Natasza. każdy z kim pracowałam miał inny scenariusz jaka ma być Natasza, a ja mam swój. Zajęło mi to wprawdzie parę lat. tym czasie brałam udział w różnych projektach, rozwijałam się i znalazłam mój muzyczny team, z którym się rozumiem.

Co to są za ludzie?

Sampler Orchestra – duet Pawła ze Staszkiem. Dwa lata szukałam producentów z kim chcę zrobić muzykę. Nagrywałam dema, próbowałam. Potem zorientowałam się, że minęły dwa lata, a ja dalej jestem w tym samym miejscu, bo nic, co nagrałam, mi się nie podoba. Wszystko poszło do szuflady, ale pracę musiałam wykonać, by wiedzieć, w którym chcę iść kierunku. To co we mnie siedzi, przelałam już na piosenki, które powoli domykamy. W studio świetnie się z chłopakami się pracuje.Jestem bardzo wdzięczna za to spotkanie, inspirację, za muzykę, którą wspólnie tworzymy. Już niedługo nagrywamy polskie teksty. To się dzieje!

Niektóre ruchy muzyczne zaskakiwały. Zipera, Matheo to osoby bardzo daleko od Teatru Buffo. Czy to drogowskaz dla nas?

Reklama

To były też moje poszukiwania, to były moje zachwyty. Zainspirowana inna muzyką chciałam spróbować siebie w innych gatunkach. Ale ta płyta będzie osobistą wypowiedzią Nataszy. Ciężko jest mówić o muzyce, trzeba jej słuchać, ale stworzyliśmy coś na wzór współczesnego bluesa. jest dużo miejsca i czasu na rozmowę. Na to, co ja chcę przekazać, jak ja myślę o świecie. Chyba dojrzałam do takiego momentu, że chciałabym zaprosić mojego widza, słuchacza do mojego świata – takiego, którego nigdy przedtem nie otwierałam, do którego sama też dojrzałam. Jeżeli dostanę odrobinę zaufania, to z chęcią podzielę się wszystkim, co we mnie dojrzewało, wspólnie będziemy odkrywać mój świat muzyczny.

Blues narzuca narrację bardzo osobistą.

Tak album będzie osobisty, pracuje nad tekstami , co nie ukrywam jest dla mnie trudne.Ten Typ Mes to wyjątkowy artysta przyjął zaproszenie do współpracy. Jestem szczęśliwa, że znajduje takich ludzi na mojej drodze. Doceniam to tym bardziej, im więcej rzeczy robię. To bardzo ważna płyta dla mnie. To moja prywatna Muzyczna przestrzeń. Nie zapominając oczywiście o teatrze, w którym cały czas pracuję i rozwijam się, mimo że przecież niektóre spektakle gramy po kilkanaście lat. „Polita” będzie miała niedługo dziewiąty rok, a to bardzo ważny spektakl dla mnie. W przygotowaniach film o Poli Negri – myślę, że w przyszłym roku zaczniemy realizację

To co cię wstrzymywało, by pokazać – zaryzykuję taką tezę – swą prawdziwą naturę?

Może musiałam dojrzeć. Nawet ciężko mi powiedzieć. Szukałam kogoś, kto z muzycznej strony umiałby to ubrać w instrumenty i zagrać tak, że mam ciary. Cały czas było założeniem, że nie chcemy popu, po czym wychodził pop. I mówiłam do siebie, że nagrałam kolejną piosenkę, której nie lubię – przynajmniej jestem mądrzejsza o doświadczenie, ale trudno, do kosza. To zajęło trochę czasu. Nie umiem się wyrwać, że nic więcej nie pracuję, tylko wchodzę do studia. To jest część mojego życia. Mam przede wszystkim rodzinę, jest teatr, prowadzę markę – Muses. I jest muzyka. Staram się sprawiedliwie wygospodarować na wszystko czas. rodzina jest na pierwszym planie. Na to zawsze znajduje czas. To jest kwestia wyboru: nie gram, bo jestem z Kaliną, odrabiam z nią lekcje. To jest dla mnie najważniejsze.

Przez ile lat można grać tę samą sztukę i mieć z tego radość, ekscytację i dreszcz emocji?

To jest najtrudniejsza rzecz w teatrze. Żeby się nie popaść w rutyne, nie złapać jednego schematu. „Widzowie dobrze zareagowali, będę tak grała”. Ważna jest mobilizacja, żeby spróbować zagrać inaczej, podejść do tego na świeżo. Ale jak to zrobić? Na szczęście jest taki człowiek, Janusz Józefowicz, który przychodzi na próbie i mówi, by zagrać inaczej. Kiedy mówię, co mówił ostatnio, odpowiada, że nieważne jest już to, co mówił ostatnio. I rzeczywiście jest rewolucja, przebudowa w głowie, mimo że ułożyłam sobie rolę w głowie, bo gram ja tyle lat. To niesamowite, ale on swoimi wskazówkami zmusza do odkrycia, że mogą rolę jeszcze inaczej zagrać. To jest fantastyczne, wtedy czuję, że pracuję a nie odklepuję na pamięć. I widz tez to czuje, że to jest tu i teraz. Tekst nie jest tysięczny raz powiedziany, tylko pierwszy raz w tej samej wersji.
To nie jest film, gdzie bierzemy najlepsze ujęcie. Tu codziennie musisz mieć najlepsze ujęcie.