Z Mamedem Chalidowowem w ciągu kilku dni spotkaliśmy się dwukrotnie. Oto co opowiedział nam nie tylko o pracy na filmie "Underdog".

Mamed Chalidow

Jak czułeś się na planie filmu "Underdog"?

To było dla mnie nowe wyzwanie, ale na szczęście fabuła filmu opowiada o moim, dobrze mi znanym środowisku zawodników MMA i myślę, że z tego powodu było mi łatwiej zmierzyć się z tą nową dla mnie przygodą.

Twój filmowy przeciwnik, czyli Eryk Lubos, udzielał ci wskazówek jak grać?

Nie. Nawet, gdy go pytałem, jak powinienem coś zagrać, jakie emocje wyrazić, czy mógł by mi jakoś w tym pomoc, odpowiadał, że nie trzeba grać, że wystarczy być. W drugą stronę to działało podobnie. Nie wiedziałem w czym ja mogę mu pomóc, bo bardzo dobrze się rusza, sam trenuje sporty walki, wie o co chodzi, więc również nie miał problemów z techniczną stroną swojej roli.

Narzekał czasem na siłę twojego uderzenia?

To ja narzekałem na uderzenia z jego strony. Musiałem mu potem oddać, zrewanżować się (śmiech).

To jaki moment był dla ciebie podczas tej filmowej przygody najtrudniejszy?

Pierwsze trzy dni, kiedy graliśmy sceny walki. To było mordercze tempo. Wszystko musiało wyglądać naturalnie, więc trzeba było robić wszystko na sto procent. Nie udawać zmęczonego, ale być zmęczonym. Wiele scen było powtarzanych mnóstwo razy, więc co chwila trzeba było się rozgrzewać i dochodzić do momentu, aż się spocisz. Po trzech dniach byłem tym wykończony, głównie fizycznie. Skończyło się na tym, że leżałem w hotelowym pokoju, miałem podłączoną kroplówkę i musiałem się mocno zregenerować, żeby dojść do siebie.

Chcesz powiedzieć, że prawdziwa walka jest łatwiejsza?

Owszem. Naprawdę ciężko jest od rana do wieczora powtarzać setki razy te wszystkie duble. O wiele łatwiej według mnie jest wejść na salę i potrenować 1,5-2 godziny, potem odpocząć i znowu przyjść na trening. Naprawdę podziwiam aktorów i ich cierpliwość do ciągłego czekania. Dla mnie to była męczarnia. Ten zawód to ciężki kawałek chleba.

Zobaczymy cię jeszcze na szklanym ekranie?

Kiedy dostałem tę propozycję, zgodziłem się, bo ta historia bardzo mi się spodobała, była mi bliska. Nie wiążę swojej przyszłości z filmem, mam swój biznes. Jeśli pojawi się coś naprawdę ciekawego, to wtedy to rozważę.

Po ostatniej walce ogłosiłeś, że kończysz karierę. Co teraz?

Na razie odpoczywam, zajmuję się swoimi sprawami. Powoli wkraczam na nowy grunt, przyznam, że nie do końca dla mnie pewny. Jak będzie szło mi stąpanie po nim? Nie wiem. Zobaczymy.

Boisz się przyszłości bez walk?

Bać się nie boję, ale na pewno obawiam się, że po 15 latach robienia tego, co umiem robić, nagle trafiam na taki tor życia, gdzie nie czuję się pewnie, którego nie znam, które jest nowe i stąd ta niepewność.

Decyzja o tym, że kończysz karierę, dojrzewała w twojej głowie od dawna.

Tak, zgadza się. Moje problemy zdrowotne, a dokładnie problemy z głową, powtarzały się co chwila. Choroba, która dopadła mnie trzy lata temu, była jednym bodźcem, do tego aby podjąć taką decyzję, drugim była przegrana walka. Dwie godziny przed tym jak miałem wyjść walczyć, poczułem się bardzo źle. To spowodowało, że nie mogłem zawalczyć nawet w 50 procentach tak, jak chciałem. Choć byłem w dobrej formie. Zdecydowałem, że nie będę ryzykował. Jeśli coś mnie blokuje, nie jestem w stanie wygrać, to czas odpuścić.

Masz już jakiś plan B na życie?

Prowadzę swój biznes, mam wspólnika. To, czy będę miał co robić nie jest dla mnie problemem. Raczej to, że gdy całkowicie odstawię sport na boczny tor, odejdę od zawodowstwa, bo trenować dla siebie będę cały czas, będę czuł się tak, jak gdyby ktoś wyrwał mi serce. Mam nadzieję, że to szybko minie.

Z tego, co mówisz, można stwierdzić, że to była bardzo dojrzała, męska decyzja.

Myślę, że dużo jeszcze przede mną, jeśli chodzi o dojrzałość. Muszę się wiele nauczyć żeby tak po męsku dojrzeć. Dojrzewanie to też błędy jakie popełniamy, niewłaściwe decyzje, które podejmujemy. W tym procesie dojrzewania pomaga mi moja rodzina, a przede wszystkim moje dzieci. To one pomagają dojrzewać, uczą, pokazują drogę jaką powinieneś iść, jak zmienić swoje nastawienie. Dzięki nim ma się poczucie większej odpowiedzialności za kogoś.

Czego jeszcze nauczyły cię twoje dzieci?

Cierpliwości, spokoju. Gdy nakrzyczę na nie, podniosę głos, bo coś tam źle zrobiły, to zaraz potem mam wyrzuty sumienia. Wzrusza mnie, gdy mówią „Tata nic się nie stało. Kocham cię”. Miłość dzieci jest bezwarunkowa. One nie kochają, bo coś dostaną, bo mają w tym interes, kochają, bo kochają. Po prostu.

A jeśli wybiorą walki?

Nie chciałbym żeby poszły w moje ślady. To ciężki sport, pełen ryzyka, w którym można stracić zdrowie.

Masz jakieś swoje życiowe motto?

Kieruje się przede wszystkim bogiem, moją religią. Staram się iść w życiu zgodnie z tymi prawdami wiary.

To czego potrzebujesz w tym najbliższym czasie?

Czasu dla siebie i rodziny. Chcę wyciszyć głowę. Jestem szczęśliwy, zadowolony z tego, co mam. Wiem, że nie ma się co pchać dalej, trzeba zadbać o siebie, o swoje zdrowie. To jest teraz dla mnie ważne. Takie walki podczas których ja sam nie wiem co się ze mną dzieje, nie mają sensu. Ani dla mnie, ani dla moich fanów.