Reklama

Jak różnią się pana wrażenia z festiwalu w Cannes w zeszłym i w tym roku? Dziś juror, wtedy – pretendent do Złotej Palmy...
Abderrahmane Sissako: W zeszłym roku byłem na festiwalu z filmem, który startował w konkursie głównym. Ostateczną wersję "Timbuktu", którą oglądała pani w kinie, ukończyłem ledwie dwa tygodnie przed rozpoczęciem imprezy. Fascynujące było dla mnie obserwowanie, jak ludzie na niego reagują. To było moje nowe "dziecko". Nie miałem jeszcze wtedy do tego materiału żadnego dystansu, nie umiałem go ocenić, tylko słuchałem, chłonąłem. Od tamtych wydarzeń minął rok, a ja wciąż spotykam na festiwalu ludzi, którzy chcą się ze mną dzielić swoimi wrażeniami, bo widzieli mój film po raz kolejny, po premierze w ich kraju. Zbieram te opinie i emocje.

Pana film był chyba najważniejszym dla mnie wydarzeniem zeszłorocznego festiwalu. Wciąż pamiętam scenę meczu piłkarskiego rozgrywanego bez piłki. Pantomima wyrażająca tak wiele.
Kino to dla mnie sztuka, która wymaga wizji. Jeśli decydujemy się opowiadać o czymś, musimy wiedzieć jak. Ja zdecydowałem się w "Timbuktu" pokazać między innymi czynności, które w zachodniej części Mali, gdzie rozgrywa się akcja, były wówczas zakazane przez rządzących dżihadystów. Jak wspomniana przez panią gra w piłkę czy słuchanie i granie muzyki. Jak o tym opowiedzieć w języku kina? Kiedy w gazecie czytamy, że jest taki zakaz, to nas nie porusza. To informacja, fakt, ale nie pobudza naszej wyobraźni. Filmowiec musi ułożyć sobie wizualny klucz, który odda głębię doświadczenia takiego braku. Dla mnie ten pantomimiczny mecz wyimaginowaną piłką oznacza dwie rzeczy. Po pierwsze absurd takiego zakazu. Jeśli zabroni się ludziom czegoś, czego pragną i potrzebują, oni znajdą sposób, by tego nie stracić. Obejdą zakaz w sposób, który najprawdopodobniej obnaży jego absurdalność. Gra w piłkę to realizacja potrzeby bycia razem, integracji. Tego nie da się zabić, tak samo jak potrzeby muzyki – ona jest wiecznie żywa, choćby brzmiała wyłącznie w naszych sercach. Potrzeba wolności istnieje bez względu na prawne obostrzenia. Mój film mówi o sile miłości, pokojowym oporze zjednoczonej wspólnoty. Jedność w końcu zawsze zwycięża.

Przynależy pan do wielu kultur. Urodzony w Mauretanii, wychowany w Mali, tworzy we Francji. Jak to wpływa na pana sztukę?
Na moją tożsamość składa się wiele epizodów i doświadczeń. Miejsce pochodzenia, rodzina, wydarzenia, które kształtowały moje dorastanie. Ale też to, czego nie miałem. Brak potrafi być równie silnym bodźcem jak posiadanie czegoś. Ja dorastałem pozbawiony wielu przywilejów i dóbr.

Dzięki temu miał pan marzenia.
Tak. Na pewno pierwszym ważnym doświadczeniem dla mnie jako reżysera – ale też człowieka – był zdany egzamin do szkoły filmowej. Gdy przeprowadzałem się do Rosji, byłem bardzo młody [studia we VGK – Wszechrosyjskim Państwowym Uniwersytecie Kinematografii im. S.A. Gierasimowa Sissako zaczął jako 22-latek – red.]. Miałem ogromne poczucie dyskomfortu w nowym miejscu, tak innym od rodzinnej Mauretanii. W konfrontacji z całkiem nową kulturą pomagała mi wiara w uniwersalną jedność ludzi, bez względu na granice. To była chyba pierwsza lekcja życia.

Podczas tegorocznego festiwalu przewodniczył pan jury Cinéfondation, nagradzającego młodych twórców z całego świata. Widzi pan w nich coś z dawnego siebie – młodego filmowca na początku krętej drogi?
Może mają więcej siły? Wierzą w swoją jedność, solidarność. Naprawdę to w nich dostrzegłem. Współcześni młodzi potrafią cieszyć się szczęściem drugiej osoby. W ich filmach zobaczyłem, że potrafią działać razem. Myślę, że to film daje im taką siłę. Dzięki temu tworzą tak ciekawe rzeczy.

Uczy się pan od nich?
Myślę, że twórca uczy się przede wszystkim od życia, nie z filmów. Nie z konkretnych faktów, a z doświadczenia. Patrzeć na pierwsze kroki młodych filmowców, tak mocne, pewne kroki, to wspaniałe przeżycie.