"Dystrykt 9" (aka "District 9")
Reklama
USA. 2009; Reżyseria: Neill Blomkamp; Obsada: Sharlto Copley, Jason Cope, Nathalie Boltt; Dystrybucja: ITI Cinema; Czas: 112 min; Premiera: 9 października; Ocena 5/6



W klasycznych ujęciach przybysze z kosmosu byli albo najeźdźcami albo istotami na wyższym stopniu cywilizacyjnego rozwoju przynoszącymi ludzkości wezwania do opamiętania. W „Dystrykcie 9” jest inaczej. Statek Obcych zawisa nad Johannesburgiem, a gdy ludzie wchodzą na pokład znajdują gromadę wycieńczonych, wygłodniałych istot. Początkowe zainteresowanie nieznaną cywilizacją, powoli zamienia się w zmęczenie obecnością pozornie prymitywnych kosmitów. Nazwani pogardliwie „Krewetkami” zostają zamknięci w getcie, żywią się żarciem dla kotów kupowanym za gigantyczne pieniądze od nigeryjskich handlarzy, sprzedają kosmiczną broń, której ludzie i tak nie potrafią obsługiwać i grzebią po śmietnikach. Słowem, żyją w slumsach, a władze zamierzają zgotować im jeszcze gorszy los, przesiedlając do obozu koncentracyjnego, operację tę powierzając prywatnej korporacji.

Na pomysł, by kosmitów umieścić w slumsach Johannesburga, Blomkamp wpadł już przed czterema laty, gdy zrobił krótkometrażówkę, „Alive in Joburg”. Dokumentalna stylistyka i realistyczna konwencja zainteresowały Petera Jacksona. I tak powstał „Dystrykt 9” rozwijający i temat, i poetykę tamtego krótkiego filmu. Obecność Obcych na Ziemi służy tu zatem rozwianiu naszych humanistycznych złudzeń. Są tu i masowe morderstwa, i eksperymenty medyczne w stylu doktora Mengele, i typowa rasistowska retoryka. Nie jest to prosta metafora. Nie da się powiedzieć, że Blomkamp po prostu liże rany RPA po apartheidzie, że tworzy społeczną alegorię, cywilizacyjną antyutopię. Wszystkiego jest tu po trochu, a i więcej jeszcze, bo oryginalny pomysł perfekcyjnie wyeksponował reżyser przez formę. Blomkamp eksperymentuje z dokumentalną stylistyką, nadając całości formę zbliżoną do mockumentary. Oglądamy niby-amatorski reportaż dokumentujący akcję przesiedleńczą, wymieszany z inscenizowanymi wywiadami wprost do kamery, ujęcia z kamer przemysłowych, urywki telewizyjnych newsów. Blomkamp na szczęście nie poprzestał na tych zabiegach i z czasem przesunął środek ciężkości na narrację już stricte fabularną.

Opowiada historię dowodzącego akcją przesiedlenia Obcych biurokraty – cynika nie wahającego się użyć przemocy wobec „gorszego” gatunku. Podczas akcji w getcie oblewa się tajemniczym płynem i przechodzi powolną mutację – powoli sam staje się Krewetką, ze ścigającego staje się ściganym przez korporację chcącą jego DNA wykorzystać do kontroli nad kosmiczną bronią. Niby prosty zabieg i zgrany motyw, ale zadziałał. Blomkamp igra z konwencją i przyzwyczajeniami odwracając perspektywy, stawiając moralne pytania i ponure diagnozy. Owszem, mogą razić logiczne dziury (jakie nie zdradzam, żeby nie psuć zabawy), nieco populistyczna może się wydać sofistyka tez o ludzkiej naturze. Ale udaje się reżyserowi utrzymać napięcie, zbudować złożoną sieć relacji, zręcznie lawirować po mieliznach zapożyczeń, a nade wszystko zaszczepić rozterki nie opuszczające aż do finału zwiastującego możliwą kontynuację. Osobiście nie mam nic przeciwko temu.