Obsada: Arta Dobroshi, Jeremie Renier.

Reklama

Być może żal za tym przedwcześnie zgasłym kinem to sprawia, ale w oglądanych filmach coraz częściej odnajduję wyraźne ślady Krzysztofa Kieślowskiego. Był przecież w obecnym niedawno na polskich ekranach „Cichym chaosie” Grimaldiego, był w „Pokoju syna” Nanniego Morettiego. Nie szło w nich o dosłowne cytaty z polskiego mistrza. Raczej o ciche przeświadczenie, że nasz świat nie jest umeblowany tak, jak być powinien, ale niewiele na to można poradzić. I zamiast brać się za bary z parszywą rzeczywistością, lepiej nauczyć się żyć w zgodzie z nią i z samym sobą. Zadanie trudne, ale możliwe do wykonania.

Aurę znaną z późnych, krytykowanych w chwili premier filmów autora „Trzech kolorów” daje się wyczuć także w „Milczeniu Lorny” Jeana-Pierre’a i Luca Dardenne. Widziałem kiedyś ich nagrodzone Złotą Palmą w Cannes „Dziecko”, potem „Rosettę”. Patrzyłem na nie z szacunkiem dla pozbawionego ozdobników chropowatego stylu belgijskich twórców, ale nie miałem w sobie współczucia dla ich bohaterów. Z „Milczeniem Lorny” jest inaczej.
To w swojej kategorii dzieło doskonałe. Trudno powiedzieć, z jakich przyczyn trzyma w napięciu jak najlepszy thriller, chwyta za gardło od pierwszej chwili i każe podążać do upadłego za parą szarych, przeżartych bólem codzienności protagonistów. A przy tym jest to film ostentacyjnie wyrzekający się wszystkich atrakcji współczesnego kina. Wydaje mi się, że bracia Dardenne bliscy są maksymie Kazimierza Karabasza, by z kamerą nienachalnie podglądać życie i z niego potem wywodzić swe opowieści. I chyba mogliby powtórzyć za Kieślowskim, że kino to bajka o ludziach. Taką właśnie bajką – brudną i czystą jednocześnie – jest „Milczenie Lorny”.

Wyglądająca jak dziewczyna z ulicy, a jednak mająca w oczach i twarzy coś, co nie pozwala oderwać od niej wzroku, Arta Dobroshi gra Lornę, imigrantkę w Belgii usiłującą ułożyć sobie godziwe życie. Lorna zawiera fikcyjne małżeństwo z Claudym (Jeremie Renier), życiowym rozbitkiem i zdegenerowanym narkomanem. Dziewczyna ma swoją tajemnicę, układa się z szefem miejscowego gangu, który chce doprowadzić do śmierci chłopaka, a ją wyswatać z kolejnym, licząc na łatwy zysk. Z początku Lorna nie kryje obrzydzenia do partnera z przymusu. Z czasem jednak plan staje się dla niej sprzeniewierzeniem wobec samej siebie.

Fascynujące są urywane sceny, gdy między parą pokaleczonych przez świat młodych bohaterów rodzi się dziwne, pokraczne, ale przez to jeszcze piękniejsze uczucie. Miłość oznacza u Dardenne’ów stawienie czoła śmierci, jest szansą na odzyskanie godności. Dlatego takie wrażenie robi scena erotyczna, gdy Lorna dopuszcza do siebie niechcianego męża. I sama zaczyna się czepiać tego uczucia, bo tylko ono pozwala uwierzyć, że jeszcze można stać się lepszym człowiekiem.

Zdumiewający to film, bo w chropawej, naśladującej reportaż, właściwej dla tych reżyserów formie dotyka czegoś, co mogę bez wahania nazwać metafizyką. Nie jest uniesienie na miarę Tarkowskiego, ale nie znaczy to, że „Milczenie Lorny” stawiam niżej od dzieł rosyjskiego mistrza. Po prostu zmienił się świat, wraz z nim zmieniło się kino.

Wiem, że patetycznie to zabrzmi, ale obejrzenie tego filmu przynosi zapomniane dziś poczucie oczyszczenia. To jest film, który zaszczepia wiarę w ludzi. Bo mimo wszelkiego zła dobro jest w nas – zdają się mówić bracia Dardenne.

Dystr. Vivarto