Dziennik Gazeta Prawana logo

Urocza historia Gigante'ycznej miłości

3 września 2009, 11:54
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Wojciech Kałużyński
Wojciech Kałużyński/Inne
Nagrodzony Srebrnym Niedźwiedziem w Berlinie debiut urugwajskiego reżysera Adriána Binieza to skromna, a zarazem urocza historia dojrzewającego cichego uczucia budzącego z letargu do nowego życia. Film "Gigante" od 4 września w polskich kinach.
Urugwaj, Niemcy, Argentyna 2008; Reżyseria: Adrián Biniez; Obsada: Horacio Camandulle, Leonor Svarcas; Dystrybucja: Manana; Czas: 84 min; Premiera: 4 września; Ocena 4/6



Kino uwielbia opowiadać o miłości. Ale „Gigante” opowiada o niej inaczej, niż przyzwyczajają konwencje melodramatu albo romantycznej komedii. Historia, którą Adrián Biniez opowiada w ciągu prawie półtorej godziny, wystarczyłaby hollywoodzkim producentom najwyżej na dziesięć minut, a tam, gdzie Biniez skończył, oni dopiero by zaczęli. Wielki jak góra ochroniarz z supermarketu Jara widzi na obrazie jednej z rozstawionych w całym sklepie kamer zabawny wypadek. Jedna ze sprzątaczek, zmywając podłogę, wywraca piramidę z papieru toaletowego. Śmieje się do łez, ale gdy zbliża obraz i widzi twarz dziewczyny, śmiech zamiera mu na ustach. Niby nie ma w niej nic szczególnego. Ot, przeciętna i raczej szara myszka. A jednak coś Jarę do niej ciągnie. Nie ma odwagi podejść, porozmawiać. Podrzuca więc drobny prezencik i cały wolny czas spędza na włóczeniu się za kobietą. Śledzi ją w kafejce internetowej, na ulicy, w sklepie, w kinie, a nawet na randce. A to, czego się o niej dowiaduje, napawa nadzieją: tak jak on słucha heavy metalu, lubi podobne filmy. Tyle że nie wie o jego istnieniu i romansuje z jednym z pracowników. Jara postanawia działać.

p

Ot i cała historia doprowadzona niby do happy endu, ale wcale nieoczywistego, zawieszonego w próżni życzeń. Żeby się udało. Ale nawet gdy się nie uda, życie Jary i tak się zmieniło. Wcześniej miał tylko pracę, telewizję, raz na jakiś czas pograł na Playstation z siostrzeńcem. W końcu wyszedł ze swej skorupy, przełamał depresyjną nieśmiałość, zrobił krok w kierunku ludzi. Nie wie, co czuje do dziewczyny, za którą podąża. To zauroczenie? Miłość? Obsesja? Ale to nieznane uczucie na nowo budzi go do życia.

Biniez opowiada skromnie, niemal ascetycznymi środkami zbliżając się do poetyki nowego południowoamerykańskiego realizmu. Z jednej strony skupia się na nieśpiesznej obserwacji, budując dramaturgię z niby podpatrzonych prawie mimochodem mikroscenek i mikrozdarzeń. Z drugiej wplata w tę tkankę purenonsense’owy humor. W wizerunkach bohaterów nie przesadza z psychologizowaniem, za to nadaje niejednoznaczności, wyzwala mechanizmy projekcji i identyfikacji angażujące w akcję i wyzwalające najprostsze emocje. Nie ma tu wielkich odkryć, egzystencjalnych dramatów. Jest za to taka sobie niezobowiązująca historia życiowego rozbitka, czuły portret rodzącego się uczucia. Krzepiący, niejednoznaczny, niemal zupełnie pozbawiony kropek, wykrzykników i wielkich znaków zapytania. Rzadka to dziś rzecz zachować wiarę w siłę przecinków, myślników i wielokropków.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Powiązane
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj