Dziennik Gazeta Prawana logo

W "Metrze strachu" gwiazdy są. Logiki brak

20 sierpnia 2009, 12:04
Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
Jakub Demiańczuk
Jakub Demiańczuk/Inne
"Metro strachu Pelham 123" ma niezłe tempo i Denzela Washingtona w roli głównej. Zawodzi za to logika akcji. Jak widać, nawet takiemu specjaliście od kina akcji jak Tony Scott zdarza się potknąć. Film 21 sierpnia wchodzi do polskich kin.
(aka "The Taking of Pelham 123")
USA/Wielka Brytania 2009; reżyseria: Tony Scott; obsada: Denzel Washington, John Travolta, John Turturro, James Gandolfini; dystrybucja: UIP; czas: 105 min; Premiera: 21 sierpnia; Ocena 3/6



Scott lubi od czasu do czasu pod pozorem rozrywki zgłębić nieco poważniejsze tematy, a to próbuje obnażyć kulisy afer wywiadowczych („Zawód: szpieg”), a to podważa zaufanie obywateli do państwa („Wróg publiczny”). W „Metrze strachu” podobne wątki również się pojawiają, ale niestety muszą ustąpić pola standardowej akcji.

Scott zresztą niemal od początku przechodzi do sprawy: Ryder (John Travolta) z pomocą bandy oprychów porywa pociąg metra. Większość pasażerów wypuszcza, zostawia jednak kilkunastu zakładników i żąda od miasta – które, jak twierdzi, zrujnowało mu życie – 10 milionów dolarów okupu. Pośrednikiem między Ryderem a policją jest Garber (Denzel Washington), niegdyś wysoko postawiony dyrektor nowojorskiego metra, po oskarżeniach o korupcję zdegradowany do roli zwykłego dyspozytora. Uwikłany wbrew własnej woli w całą sytuację będzie musiał nie tylko rozmawiać z porywaczami (próba przejęcia kontroli przez policyjnego negocjatora kończy się bowiem śmiercią jednego z zakładników), ale gdy upłynie termin ultimatum, zostanie zmuszony, by wziąć sprawy we własne ręce.

p

Everyman postawiony w sytuacji ekstremalnej to temat tyle zgrany, ile wciąż nośny. Tym bardziej że Washington doskonale sprawdza się w podobnych rolach, chociaż trudno uwierzyć, żeby przeciętny nowojorczyk (w którego biografii kluczowym punktem jest wzięcie 35 tys. dol. łapówki) był w stanie stawić czoła zaprawionym w walce łajdakom. Gorzej z motywacją Złego – John Travolta z groźną miną i wytatuowaną szyją wypada groteskowo, niczym przestępcy z marnych filmowych adaptacji komiksów. Ich pojedynek na słowa (do czynów przechodzi dopiero w ostatniej fazie filmu) trzyma jednak w napięciu. Szkoda tylko, że scenarzysta Brian Helgeland każe im wypowiadać coraz bardziej nadęte i patetyczne dialogi. Na dodatek spycha w cień bodaj najciekawszą warstwę filmu, czyli ledwie maskowaną obojętność władz w kryzysowej sytuacji. Burmistrz Nowego Jorku (zabawnie zagrany przez Jamesa Gandolfiniego) angażuje się w akcję z przymusu: robi to nie ze szczerych pobudek, ale po to, by nie stracić w oczach wyborców, choć szczerze przyznaje, że „żaden tam z niego Giuliani”. Policja najchętniej odstrzeliłaby terrorystów, by mieć wszystko jak najszybciej za sobą. A powszechna spychologia zamiast do rozwiązania konfliktu prowadzi do kolejnej tragedii. Nie wiem, dlaczego Scott zrezygnował z rozwijania tego wątku – być może w obawie, że zbyt wiele publicystki odbierze „Metru...” widzów. Tyle że w efekcie zamiast dobrego dramatu otrzymujemy błahą sensację – wciągającą, dobrze zrealizowaną, ale pozbawioną jakiejkolwiek wartości dodanej.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Najważniejsze wydarzenia polityczne i społeczne, istotne wiadomości kulturalne, najlepsza rozrywka, pomocne porady i najświeższa prognoza pogody. To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik.pl. Trzymamy rękę na pulsie Polski i świata. Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj