"Mądrość i seks" (aka "Filth and Wisdom")
Wielka Brytania 2008; reżyseria: Madonna; obsada: Eugene Hütz, Holly Weston, Vicky McClure, Richard E. Grant; dystrybucja: Syrena Films; czas: 81 min; Premiera: 7 sierpnia; Ocena 2/6

p

Jakoś trudno mi uwierzyć, że pomiędzy koncertami, rozwodem, adopcjami kolejnych dzieci, nagrywaniem płyty, pisaniem bajek i erotycznym wyznawaniem Talmudu gwiazda naprawdę, ot tak, sobie, raz-dwa, machnęła ambitny filmik. Przyjmując jednak, że rzecz jest naprawdę jej autorstwa i nie chodzi wcale o sprytny wybieg marketingowy – „Mądrość i seks” jest produkcją zastanawiająco nieporadną. Inna sprawa, że bez nazwiska gwiazdy na plakacie film nie tylko nie trafiłby na festiwal do Berlina, ale prawdopodobnie w ogóle nie byłby pokazywany w kinach. Być może na szczęście dla widzów.

Mądrość i seks, wszystko i nic: pani reżyser chciała być jednocześnie tolerancyjna, mądra, seksowna, podchodząca do swojej kariery z dystansem i mocno zaangażowana w ekosprawy. Tymczasem fabuła to nie teledysk. Nie da się upchnąć wszystkich nośnych haseł w osiemdziesięciu minutach, zwłaszcza jeżeli brakuje elementarnego pomysłu na fabułę. A w „Mądrości i seksie” (gdzie ta mądrość? gdzie seks?) każdy sobie rzepkę skrobie. Madonna ewidentnie odwołuje się do filmów Akiego Kaurismäkiego, a wykorzystane w jej filmie bez umiaru, lepsze lub gorsze aforyzmy to tylko jakieś popłuczyny po stylu Oscara Wilde’a. Historyjka jest rozbrajająco naiwna. A.K. – w tej roli Eugene Hütz, lider świetnej, punkrockowej grupy Gogol Bordello, który u Madonny gra w zasadzie siebie – jest niespełnionym muzykiem, po godzinach zarabiającym ciałem na chleb (jego klientami są oczywiście perwersyjni, lubiący mocne wrażenia żonaci panowie). Holly, przyjaciółka A.K., a także niespełniona – do czasu – miłość bohatera, jest baletnicą, która, chcąc nie chcąc, odprawia balety głównie na rurze; kolejna współlokatorka – Juliette jest niedoszłą lekarką, a także wzorową lekomanką, pracującą w aptece u znerwicowanego, łapczywie spoglądającego na jej łydki Hindusa, ale tak naprawdę w głowie ma jedno: pomoc głodującej Afryce! Dla rozrywki dziewczęta czasami przebierają się w mundurki pseudolesbijek z zespołu Tatu, żeby wspomóc swojego kumpla w batożeniu zmizerowanych Brytoli. Na takim tle rozgrywa się jeszcze jedna, „chwytająca ze serce” historia – pogrążonego w depresji niewidomego poety geja, który mimowolnie flirtuje z A.K. No i mamy odfajkowane chyba wszystkie gorące tematy – to, czym ekscytuje się zazwyczaj „The Sun” i „Fakt”. Obawiam się, że także Madonna.

b

b

Co z tego, że wszyscy mieli dobre chęci, skoro zarówno aktorom, jak i bezradnej reżyserce zabrakło elementarnych umiejętności. Bohaterowie to pionki, ich wymyślone, od początku do końca nieprawdziwe dramaty, kompletnie nie obchodzą. Na szczęście muzycznie jest w porządku. Oczywiście prym wiedzie postpunkowy Gogol Bordello, a sama Madonna wykazała się daleko idącym dystansem. Jedną z niewielu autentycznie zabawnych scen w filmie jest fragment, w którym Holly w klubie go-go, rusza najpierw w tany w rytm „Erotiki” Madonny, żeby – ku uldze wszystkich uczestników party – zmienić ilustrację muzyczną na szlagier Britney Spears. Na tym jednak plusy się kończą. „Kto liże nóż, prędzej czy później podetnie sobie język” – brzmi jedna ze złotych myśli Hütza. Madonna liznęła reżyserii. Wystarczy.