Po ukończeniu "Głową w mur” byłem wykończony. Powiedziałem sobie, że następnym razem muszę zrobić coś zupełnie innego. Zacząłem od technicznych
zmian w sposobie filmowania. Zrezygnowałem z pracy ręczną kamerą, którą nakręciłem cały swój poprzedni film, postawiłem na statyczny obraz, zbliżenia, kontemplacje kadrów. Wbrew temu, co
sądzą krytycy, wydaje mi się, że nie mam jeszcze żadnego stylu, więc nie mogłem go zdradzić. Ja wciąż szukam.
Zależało mi na zaburzeniu linearnej narracji - skaczemy w czasie do przodu, a potem zaczynamy od początku, tak jak u Tarantino, ale nie tylko u niego. Taka struktura to rodzaj nowoczesnego sposobu
opowiadania historii, który bardzo mi odpowiada. Przecież podobnie skonstruowane są filmy Alejandro Gonzalesa Inarritu czy Guillermo Arriagi, a sam Tarantino robiąc "Pulp
Fiction”, nie ukrywał, że wzorował się na obrazach Kurosawy. Ostateczny kształt scenariusza do "Na krawędzi nieba” był konsekwencją dwóch wydarzeń w moim życiu
- po pierwsze odkrycia wschodniego, perskiego kina. Po drugie i zdecydowanie ważniejsze - od kiedy zostałem ojcem, zmienił się sposób, w jaki postrzegam świat. Wcześniej chciałem opowiadać
szybko, teraz chcę zwolnić, pozwolić widzom odetchnąć.
Najważniejszy w niej jest spokój, ale na początku, na końcu i w środku jest historia. Czasami słyszę opinie, że zerwałem z tradycją niemieckiego kina. A dlaczego miałby się do niej
przywiązywać? Tylko dlatego, że moje filmy są finansowane przez niemieckie instytucje, albo że urodziłem się i mieszkam tutaj? Niemiecka kinematografia nieustannie zmienia się, a siła
robionych tu filmów opiera się na ich różnorodności. Nie ma konkretnej niemieckiej szkoły ani stylu. Rewelacyjny dokument nakręcony przez dziewczynę z Mongolii, a finansowany przez Niemców,
też jest częścią niemieckiej kinematografii.
Kino musi odzwierciedlać życie, nawet jeżeli to nie jest zbyt piękne. Kręcę filmy z wielu powodów, jednym z nich jest właśnie potrzeba zrozumienia życia. Nie lubię filmów, które
pokazują gotowe rozwiązania. Wolę, by widzowie wyszli z kina z kilkoma pytaniami, na które sami muszą znaleźć odpowiedź. Poza tym zależy mi, by ludzie moje obrazy zapamiętali jeszcze przez
jakiś czas po seansie. Każdy ma w pamięci takie dzieła sztuki jak "Taksówkarz” czy "Underground”. Chcę tworzyć tego rodzaju kino. Będę próbował i mam
nadzieję, że mi się uda.
Owszem, niektóre sceny czy obrazy wydarzyły się w prawdziwym życiu. Mój najlepszy przyjaciel, a zarazem jeden z producentów "Na krawędzi nieba” zmarł podczas kręcenia tego
filmu. Jedna ze scen ukazuje trumnę na pokładzie samolotu. Kilka dni po jej nakręceniu patrzyłem jak wkładają trumnę tą drugą już prawdziwą trumnę do samolotu. Dlatego nie wierzę w
przypadki. Nie znaczy to jednak, iż uważam tworzenie filmów za religię, a kino za kościół, raczej za duchowe przeżycie.
Moje filmy nie tylko odzwierciedlają sposób, w jaki postrzegam świat. Wszyscy moi bohaterowie są częścią mnie. Identyfikuję się z całą szóstką bohaterów "Na krawędzi
nieba”. Jeżeli więc zmieniłem się ja, zmieniły się też postaci, jakie wymyślam. Wcześniej wiodłem rockandrollowe życie, nie obchodziło mnie jutro. Teraz więcej myślę o
przyszłości. Nie chcę zawieść mojego syna. Gdy dorośnie na tyle, by mógł obejrzeć i zrozumieć moje filmy, chcę, by był ze mnie dumny.
Tak, Moma jest moim bratem, a ja zostałem producentem jego filmu "Mamarosh”. Znaleźliśmy już fundusze i właśnie zaczynamy zdjęcia. Kusturica to jeden z moich mistrzów, jak
również mój komendant.