"Wyspa Nim” to film o pokonywaniu strachu i nabieraniu pewności siebie. Pamięta pani taki moment w swoim życiu?

Jodie Foster: Moje lęki są inne niż można by podejrzewać. Nie mam aktorskiej tremy, nie boję się przemawiać przed tysiącami ludzi, ale przeraża mnie kupowanie mebli, ponieważ... Co będzie, jeśli źle wybiorę? Jeśli okażą się brzydkie i gdy moja mama przyjdzie w odwiedziny, powie: „To jest ohydne!”. Paraliżuje mnie myśl, że mogę popełnić błąd. Tego się boję. Inny lęk, który towarzyszy mi od zawsze, jest dziwny: bardzo potrzebuję samotności, a zarazem boję się być sama.

Odkąd ma pani dzieci, chyba nie może pani narzekać na samotność.

To prawda. Nigdy nie jestem samotna, ale czasem chcę, by pojechały na kolonie, bo wtedy mogę iść do kina sama (śmiech).

Mówiła pani o lęku przed popełnieniem błędu, odnosi się to też do ról filmowych?

Musiałam sobie z tym poradzić, kiedy zaczęłam dorosłą karierę, bez matki, która decydowała za mnie. Konieczność powiedzenia sobie: „Jeśli mi się nie uda, to będzie mój problem” była dla mnie jednym z najważniejszych elementów dorastania. I zdarzył się jeden taki film w mojej karierze, kiedy musiałam przyznać się do błędu. Oczywiście nie powiem który, bo liczę na to, że nikt o nim nie słyszał – nie miał szerokiej dystrybucji. Przyjęłam tę rolę ze złych powodów i żałuję, wiedząc, jak się czułam podczas kręcenia go. Nigdy więcej tego nie zrobię. Wybieram filmy uważnie i nigdy nie żałuję, gdyż wierzę w to, co robię.

Aż trudno uwierzyć w to, że w tak długiej karierze zdarzyło się pani tylko jedno potknięcie. Przecież gra pani całe życie. Czy w satysfakcji z tego, co pani zrobiła, tkwi tajemnica pani nad podziw normalnego życia?

(śmiech) Całkiem, ale nie bardzo.

Chodzi mi o to, jak tłumaczy pani fakt, że nie skończyła pani na odwyku ani w więzieniu jak wiele dziecięcych gwiazd?

Trudno to wytłumaczyć, prawda? Prawdopodobnie dlatego, że nie jestem taka i nigdy nie byłam. Nie mam buntowniczej natury. To dziwna i wymagająca branża, nie miejsce dla dziecka, ale jeśli umiesz wznieść się ponad, to możesz wynieść z niej to, co najlepsze. Podróżowanie do różnych miejsc, praca z dorosłymi, którzy pytają cię: „Co o tym myślisz?” – to wzmaga w dziecku pewność siebie. Zanurzanie się w bohatera i pytanie, dlaczego zrobił to czy tamto, pomaga zrozumieć ludzkie zachowania, a to wielki dar. Staram się koncentrować się na tym co dobre, a złe ignorować. Nie cierpię z powodu bycia gwiazdą, bo nie jestem Bradem Pittem ani Madonną.

To samo mogłaby pani powiedzieć o starzeniu się w Hollywood? Ma pani pomysł jak jako kobieta odnajdzie się pani w fabryce snów za kilka lat?

Dużo ćwiczę. Mniej więcej 25. roku życia. Jestem dzieckiem Los Angeles – gdy dorastałam, jeździłam na nartach, chodziłam na plażę i na basen. Wiodę aktywne życie. Mam dwóch synów, którzy tego pilnują. Zawsze uprawiałam sport. To część mnie. Pracuję w tej branży od 43 lat i nigdy nie martwiłam się o wiek. Nigdy nie byłam śliczną dziewczyną Toma Cruise’a, więc nie martwię się, że stracę ten status. Nie mogę się doczekać bycia 70-letnią aktorką. Wydaje mi się, że będzie to ciekawsze przeżycie niż kręcenie filmów, gdy ma się lat 50. Chcę być Simone Signoret i grać rolę babci ćpunki, chcę mieć taką twarz. Nie chcę być dziwaczną lalą z ponaciąganą skórą. Moja mama zawsze powtarzała: „Nie będziesz aktorką po 40. Lepiej podejmij decyzję i znajdź coś innego, co byś chciała robić, bo nie jesteś typem osoby, która może nie pracować do końca życia. Musisz znaleźć coś wartościowego, co chciałabyś robić”. Skończyłam 40 lat, potem 41, i 42, i 43... Nie powinnam mówić, że mnie to nie obchodzi, ale pracowałam przez tyle lat, że... kogo to obchodzi?! (śmiech)

Elementem pani pracy są częste podróżuje. Czy pamięta pani te koszmarne – ze zgubionym bagażem, gdy wszystko idzie nie tak, jak powinno – jak podróż pani bohaterki w „Wyspie Nim”?

Niezbyt wiele, ale zdarzały się. Nie mam jednak prywatnego samolotu właśnie z tego powodu. Chcę, by moje dzieci nauczyły się radzić sobie w życiu. By wiedziały, co zrobić, gdy wylądują w Bombaju, a ich następny lot zostanie odwołany. By umiały dostać się z jednego miejsca do drugiego. By były niezależne i chciały podróżować, poznawać różne miejsca i rozumieć inne kultury.

Pani dzieci jeżdżą z panią na plany. Jak bawiły się w Australii?

Były zachwycone. Zwłaszcza wyspą Hinchinbrook na Wielkiej Rafie Koralowej – to całkowicie niezamieszkane miejsce. A właściwie zamieszkane, tyle, że przez krokodyle... To takie niesamowite przeżycie – mały hotel, restauracja na świeżym powietrzu. Po prostu wspaniała okolica. Nigdy w życiu nie byłam w takim miejscu. Tak pięknym i odizolowanym, gdzie możesz się poczuć jak na samotnej wyspie. To dziwne doświadczenie dla kogoś, kto nigdy nie spał pod namiotem. Raz w pewnym sensie byłam na kempingu w Wielkim Kanionie, ale samochód był tuż obok...

Gdybyśmy chcieli stworzyć wyspę Jodie, co by na niej było?

Czerwone wino (śmiech) i mnóstwo książek oraz filmów. Musiałaby też być góra do jazdy na nartach.

A co panią w aktorstwie irytuje?

Miewam fazy wypalenia. Przez trzy czy cztery lata jestem całkiem wypalona i nie chcę nawet rozmawiać o filmach. A potem znów odnajduję w sobie tę pasję. Zazwyczaj dzięki roli, która pozwala mi odkryć coś nowego o sobie. „Odważna” była takim filmem. W pewnym sensie to była kulminacja wielu rzeczy, wokół których kręciłam się przez całe życie.

Mówiono, że zagrała pani w „Wyspie Nim”, by odreagować rolę w „Odważnej”. Czy słusznie komentowano pani wybór?

Tak, zdecydowanie chciałam zagrać w czymś lżejszym. Pokazać inną stronę siebie. Część mnie chciała zapomnieć. Co ciekawe, wiele dramatów, w których zagrałam, „Plan lotu” czy „Odważna” – opowiada o pokonywaniu strachu, o kobietach, które odnalazły w sobie cechy bohatera, o których nie miały pojęcia. To samotny świat, w którym ludzie gubią się nawzajem, zostają sami i muszą się zdefiniować od nowa. Podczas kręcenia „Wyspy Nim” zdałam sobie sprawę, że to nic innego jak komediowa wersja tych wszystkich dramatów – strach, samotny świat, wewnętrzny bohater.

Czuje się pani urodzoną aktorką?

Nie. Uwielbiam w aktorstwie to, że wymaga myślenia, ale nie lubię samego grania. To dla mnie bardzo trudne. Najlepsi aktorzy tacy jak Robert De Niro, Al Pacino czy Daniel Day-Lewis grają intuicyjnie. Nie siadają i nie robią list. Ja tak (śmiech).