Dlaczego po występach w tak ambitnych filmach jak "Wierny ogrodnik" czy "Źródło" zdecydowała się pani na komedię romantyczną?

Rachel Weisz: Zazwyczaj produkcje tego typu opierają się na prostym schemacie: bohaterka spotyka kogoś, zakochuje się, a potem żyją razem długo i szczęśliwie. A tu moja postać - Summer - nie jest słodką lalą z romansu, to zabawna dziewczyna, która lubi eksperymentować ze swoim życiem, potrafi być bezpośrednia, niepokorna. Dla Brytyjki wychowanej na grzeczną dziewczynkę wczucie się w taką rolę było dużym wyzwaniem.

"Na pewno, być może" to historia o tym, że życie daje nam czasem drugą szansę. Wierzy pani, że to możliwe?

Jeśli chodzi o sprawy osobiste, to nie miałam w życiu zbyt wielu doświadczeń, które powodowały, że muszę coś zacząć od nowa. Natomiast w pracy mam wrażenie, że wciąż dostaję kolejną szansę, na którą nie zasługuję. Kiedy 15 lat temu, by utrzymać się, musiałam podjąć kilka dodatkowych prac, to nie brałam pod uwagę takiej kariery. Jak można marzyć o Oscarze, dorabiając w trupie teatralnej dającej przedstawienia w londyńskich pubach? Poważnie rozważałam wtedy powrót na studia prawnicze.

Zostało w pani coś z tej wątpiącej debiutantki?

Oczywiście, do dziś onieśmielają mnie sławni ludzie. Spociłam się niedawno podczas spotkania z Timem Burtonem i Heleną Bonham Carter. Boję się spotkań z ludźmi, których pracę szczególnie cenię. A potem przeżywam szok, gdy okazuje się, że moi ulubieni aktorzy to zwyczajne osoby.

Pani zdobyła popularność głównie dzięki "Wiernemu ogrodnikowi" i "Mumii". Pierwszy przyniósł pani Oscara, drugi pieniądze. Można porównać te dwa doświadczenia?

To tak, jakby porównywać jabłka i pomarańcze. To niemożliwe. "Mumia" powstała tylko w jednym celu – aby dostarczyć rozrywki ludziom, którzy po całym dniu mają ochotę wieczorem zrelaksować się w kinie. Z kolei "Wierny ogrodnik" ukazujący ciemne interesy firm farmaceutycznych w Afryce miał pobudzać do refleksji. Niektórzy aktorzy stawiają sobie za punkt honoru utrzymanie równowagi między rozrywkowymi i poważnymi filmami, w których grają. Ja nie.

"Wierny ogrodnik" pokazywał afrykańskie kulisy zachodniego kapitalizmu, "Na pewno, być może" też ociera się o politykę. Co myśli pani o aktorach, którzy korzystając ze swej popularności, przekazują polityczne przesłanie?

To lepsze niż rekalmowanie szminki. Wielu twórców wspiera dziś organizacje humanitarne czy społeczne, choć nie zawsze są ich członkami. Ja swoje przekonania trzymam z dala od mediów.

Wiele amerykańskich firm inwestujących na Czarnym Lądzie nie kryło oburzenia filmem Fernando Meirellesa. Brała pani udział w równie kontrowersyjnych projektach?

Takim filmem był z pewnością prowokujący seksualnie dramat "Kształt rzeczy" nakręcony w 2003 roku przez Neila LaBute’a. Grałam w nim studentkę Akademii Sztuk Pięknych, dziewczynę o anarchistycznym usposobieniu, zafascynowaną malowaniem penisa. W Stanach widzowie byli moją wyzwoloną postacią zaszokowani, ludzie na pokazie pokrzykiwali: "Co za suka!". Za to kiedy w Anglii wystąpiłam w tej samej roli w teatralnej wersji, reakcje były bardzo przychylne. Publiczność uznała, że moja bohaterka jest w porządku.