Eva Green: Oczywiście chciałam być sławna. A teraz na poważnie, aktorstwo jest dla mnie jak czarna magia - potężna, podniecająca. Do sukcesu wiodła długa droga. Nie przyszedł łatwo.
Ciągłe wątpienie w siebie. Zastanawianie się, dlaczego ten czy inny reżyser nie zdecydował się powierzyć mi roli w swoim filmie.
Gdy gram, czuję, że żyję.
Tak. Ona doskonale wie, że kariera aktorska przypomina kolejkę górską - raz lądujesz na górze, raz na dole. Niczego nie dostajesz za darmo. Ale jednocześnie jest bardzo ekscytująca, ponieważ ciągle coś się zmienia, a to sprawia, że czuję się w życiu spełniona.
Larsem von Trierem. Wiem, jak źle traktuje aktorów, więc moje marzenie jest prawie masochistyczne, ale uwielbiam jego filmy. Chciałabym także dostać rolę w filmie Tima Burtona. To bardzo odważny reżyser. Jeśli zaś chodzi o moich ulubionych aktorów, to niedoścignionymi wzorami są Cate Blanchett i Edward Norton.
Och, Bertolucci prowadzi te swoje gry. Mogę sobie wyobrazić jego minę, gdy mówił o mojej urodzie. Cały szum wokół „Marzycieli” bardzo mnie rozprasza. Wszyscy mówią tylko o moich rozbieranych scenach. Myślisz, że łatwo mi było być nagą przed kamerą? Ale wszystkie te sceny miały swoje uzasadnienie, a „Marzyciele” to wspaniały obraz.
Tak powiedziałam? Ok, być może, ale "Królestwo niebieskie" to nie jest typowa megaprodukcja. To mądry film, a większość aktorów, podobnie jak reżyser Ridley Scott, to Brytyjczycy. Dlatego jestem tak dumna z tego obrazu. Poza tym moja rola w "Królestwie niebieskim" nie jest jednowymiarowa. Nie jestem głupią księżniczką wymachującą mieczem i czekającą na swojego księcia.
Żartowałam, a wszyscy przyjęli to jako fakt. Najśmieszniejsze jest to, że najbardziej zdenerwowaną osobą na planie był Ridley Scott, który nie lubi scen rozbieranych. Dla mnie nie było to krępujące. Po scenach w "Marzycielach" zrobię przed kamerą wszystko. Ridleyowi zajęło kilka dni, zanim poprosił mnie o pokazanie sutka, po czym ta scena i tak została wycięta w filmu. A ja i tak wolę grać w scenach rozbieranych niż w tych z długimi dialogami.
Taka była moja pierwsza reakcja, myślałam, że rola u boku tajnego agenta negatywnie wpłynie na moją karierę. Uznałam, że jest zbyt banalna - naiwna dziewczyna idąca po plaży w bikini albo dobra dziewczyna Bonda, zła dziewczyna Bonda, namiętna dziewczyna Bonda itp. Potem przeczytałam scenariusz i zdałam sobie sprawę, że Vesper Lynd jest bardzo realistyczna, trochę niegrzeczna, trochę odważna, bardzo charakterystyczna. Sama historia jest mroczna, a związek miłosny z Danielem Craigiem ciekawy.
Pamiętam jak w Pradze rozmawiałam z Barbarą Broccoli, producentką filmu i wspaniałą kobietą, która traktowała mnie jak córkę. Żartując powiedziałam: „Mam ochotę na sushi”. Po chwili pojawiła się z talerzem pełnym sushi. Poczułam się wtedy jak bogini.
Ale nie mieliśmy wspólnych scen w tym filmie. Moja postać i bohater Daniela są z dwóch innych światów.
Tak, a moja rola została bardziej wyeksponowana w scenariuszu drugiej części. Podobnie jest w książce "Złoty kompas". Niestety, do końca trylogii zawsze będę się mijała z Danielem.
Jeśli film dobrze się sprzeda, to już we wrześniu 2008 roku.
Po pierwsze książki Phillipa Pullmana są niesamowite! Dołączono je do scenariusza, bo tylko na jego podstawie aktorom trudno było się zorientować, o co chodzi w „Złotym kompasie”. Po przeczytaniu trylogii pierwszy raz od wielu lat odkryłam dla siebie arcydzieło – duchowe, filozoficzne, poruszające i zaskakująco mroczne jak na przygodową książkę dla dzieci.
Nie lubię dużo mówić, nie tylko przed dziennikarzami, a bycie w centrum zainteresowania mediów to dziwne uczucie. Staję się wtedy potworem. Zwłaszcza gdy dziennikarze pytają się o moje życie prywatne. Na początku nie wiedziałam, jak się w takich sytuacjach zachować i stawałam się bardzo agresywna. Dziennikarze, zwłaszcza amerykańscy, zawracają mi głowę głupimi pytaniami, na które staram się odpowiadać, gdyż mam to wpisane w kontrakcie. To obowiązek, który muszę spełniać.
Pytają o plotki w stylu:"„Podobno jest pani szalona".
Mój status we Francji jest dość nietypowy. Wystąpiłam tam tylko w jednym filmie "Arsene Lupin", który nie był hitem. Dlatego też ludzie w Paryżu nie traktują mnie jak swojej aktorki. Mimo to bardzo chętnie przyjęłabym rolę we francuskim filmie.