Dziennik Gazeta Prawana logo

Clooney: Jestem męski, bo się nie pudruję

27 listopada 2007, 11:45
Ten tekst przeczytasz w 6 minut
Czuję się jak kandydat na prezydenta - mówi George Clooney, widząc tłumy dziennikarzy, którzy chcą z nim porozmawiać. We Włoszech, gdzie promował film "Michael Clayton", jest wielką gwiazdą. Próbuje więc opowiadać dowcipy po włosku, choć zna tylko kilka słów. Cały czas błaznuje, a każdy wywiad z nim można by pokazywać jako skecz, choć aktor mówi o rzeczach jak najbardziej poważnych.

Wcale nie. Przemysł filmowy może wiele zmienić. Pomagał w czasie wojen, zaangażował się w walkę z rasizmem, poparł przyznanie praw wyborczych kobietom. Jest potężny i wpływowy. Co innego nauczyłoby miliony ludzi na świecie palić papierosy? (śmiech)

Największy problem z Hollywood jest taki, że aby powstał film, trzeba przynajmniej dwóch lat. Nie da się zareagować od razu, na gorąco. Ja od dawna jestem sfrustrowany politycznie, widzę też, że żyję w kraju, w którym większość społeczeństwa jest zawiedziona władzami. Do tego nie bardzo wiadomo, jak dotarliśmy do tego punktu. Nie chcę udawać bohatera, ale ktoś musiał zacząć kręcić filmy pokazujące rozczarowanie Ameryką. Przyznaję, że robienie tego dopiero teraz może być uznane za nieszczere. W roku 2007 łatwo jest przecież krytykować USA, to już żadna odwaga. Teraz wszyscy w kraju czują, że nadszedł czas zmian, przyznania do błędów. Myślę, że wojna w Iraku nauczy nas pokory. Dyskusja o prawdzie jest teraz konieczna, powiedziałbym fundamentalna. Z drugiej strony cieszę się, że teraz nie trzeba już odwagi. Dzięki temu filmowiec postawić na inteligencję i talent.

Byłem wtedy wściekły. Choćby dlatego, że na okładce każdej gazety w Ameryce dawano moje zdjęcie z podpisem "narodowy zdrajca". Dlaczego? Bo powiedziałem, że władze powinny zapytać społeczeństwo, co sądzi o wysyłaniu 150 tysięcy ludzi na śmierć. W USA panowała wówczas na ten temat kompletna cisza! Każdy, kto pisnął słówko przeciw posunięciom Ameryki, był zdrajcą i terrorystą. Kręcenie tych filmów z pewnością nie było łatwą i przyjemną robotą. A teraz? 70 proc. społeczeństwa przyznaje się do rozczarowania działaniami naszego rządu.

"Michaela Claytona” można oglądać jak zwyczajny thriller. A jeśli ktoś po seansie będzie się zastanawiał, czy korupcja w wielkich korporacjach może mieć morderczą twarz, to też dobrze. Od początku wiedziałem, że to nie jest film, który przyniesie producentom fortunę. Studia nie chcą dać marnych 20 mln dolarów na takie produkcje jak "Michael Clayton", bo świetnie wiedzą, że jeszcze trzy razy tyle trzeba wyrzucić na promocję. Niezależne produkcje to hazard: zwróci się, nie zwróci... Na „Dobrym Niemcu” na przykład nic nie zarobiliśmy. Ale nie żałuję. Dzięki takim rzeczom w wieku 80 lat bedę wiedział, że zrobiłem coś dla siebie.

Niech pani o to zapyta reżysera Tony’ego Gilroya. Pewnie będzie się zarzekał, że to wszystko zmyślenia. Wtedy proszę wrzucić do wyszukiwarki nazwisko: Kenneth Starr. To słynny amerykański prawnik, którego historią był inspirowany scenariusz.

Namówił mnie na to Steven Soderbergh. To miała być przyjacielska przysługa. Czego się nie robi dla kumpli swoich kumpli. Potem mi się spodobało. Tony to facet, któremu można zaufać. Kręciło mnie też to, że gdyby historia Michaela Claytona - prawnika, który działa na granicy prawa, i igra z zasadami etyki - powstała 10 lat temu, byłby on uznany za złego człowieka. Tak wiele zmieniło się w Ameryce przez ten czas.

Reżyserując i grając w filmach, doszedłem do wniosku, że aktor nie ma specjalnej władzy nad tym, co robi i jaki będzie w filmie. Chciałbym powiedzieć, że świetnie rozumiem, o co w tym chodziło, ale to wiedział tylko reżyser. Ja miałem tam stać. Gdyby aktorzy byli szczerzy z dziennikarzami, w większości musieliby się przyznać, że ich wkład w film jest niewielki. Znacznie więcej zależy od tego, jak napisany jest scenariusz i od umiejętności reżysera. Aktor po prostu musi umieć czytać.

Tak, kupiłem Tango. To samochód tylko dla jednej osoby, co jest trochę krępujące, bo wszyscy wypominają mi egoizm. Dochodzi w cztery sekundy do setki. Nie sądzę, żeby używanie elektrycznych samochodów mogło zbawić świat, ale zdecydowanie musimy znaleźć alternatywę dla benzyny. Nie powinienem jednak wypowiadać się w imieniu jakiejkolwiek organizacji chroniącej środowisko, bo wszędzie latam swoim prywatnym samolotem. Nie angażuję się, tylko daję fotografować w elektrycznym samochodzie. Akurat to gwiazdy mogą robić dla środowiska bez wysiłku.

Żyjemy w paskudnych czasach - mylimy kapitalizm z demokracją. W Ameryce zaniknęła klasa średnia, są tylko bogaci i biedni. Boję się tego. Na naszych wojnach to biedni walczą za kraj. A my możemy to tylko krytykować w filmach. Oczywiście, nie znaczy to, że nie ma w tym świecie miejsca na rozrywkę, niedobrze jednak, gdy zabija ona wyższe wartości. Może jestem romantycznym idealistą, ale wydaje mi się, że minęły czasy, kiedy kino było sztuką o wiele istotniejszą. Taką przez duże S.

Bo nie chcę, by każdy mój film był wyczerpujący. Reżyserowanie „Leatherheads” – niezłej głupawki o futbolu amerykańskim sprawiło mi przyjemność. A ponieważ gram tam jedną z ról, była z tego dodatkowa korzyść, bo byłem zmuszony uprawiać sport. Robię na zmianę dramaty i komedie, żeby się nie męczyć.

To, że od stycznia nie byłem w domu, zaczyna mnie dobijać. Najgorsze są w tym zawodzie "kampanie Oscarowe” - to nawet nie promocje, to prawdziwe kampanie, gorsze i brudniejsze niż te polityczne. Zdarzyło mi się robić równocześnie kampanię "Syriany” i "Good Night And Good Luck”. Co noc pokazy, na których obecność jest obowiązkowa, potem szybko lecisz do Londynu na rozdanie nagród BAFTA i tak w kółko. Czułem się trochę brudny po tym doświadczeniu. Ale teraz już mi lepiej (śmiech).

To moje naturalne środowisko. Wyrosłem pośród sławnych ludzi. Mój ojciec był gwiazdorem telewizyjnym. Sława nie jest przykra ani niebezpieczna. Niebezpieczni są ludzie, którzy z powodu sławy uwierzyli, że są geniuszami.

Myślałem, że potrafię śpiewać... do czasu. Kiedyś nagrywałem piosenkę dla braci Coen. Zaśpiewałem i pomyślałem: no nieźle mi poszło. Potem zauważyłem, że nikt w studiu nie chce mi spojrzeć w oczy. Także, nici z kariery piosenkarza.

Staram się nie używać makijażu w filmie. Okazuje się, że wystarczy, by nie sypał ci się puder z twarzy i już kobiety uznają, że jesteś męski.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj