Chyba największym rozczarowaniem był opowiedziany zupełnie poważnie film Woody Allena "Casandra’s Dream". To historia dwóch braci (Collin Farrell i Ewan McGregor), którzy z powodu finansowych uwikłań rodzinnych są zmuszeni popełnić morderstwo. Przypominający brytyjską produkcję telewizyjną film Allena nie trzyma tempa, brak mu nawet - co zaskakujące u tego reżysera - dobrych dialogów. Jest też, niestety, przewidywalny do bólu: nie trudno się domyślić, że jeden z braci przejdzie nad zbrodnią do porządku dziennego, a drugi popadnie w makbetowskie szaleństwo. Publiczność nie przyjęła filmu zbyt dobrze, a włoskiego dystrybutora, który odwołał większość pokazów "Cassandra’s Dream" w Wenecji, zwyczajnie wybuczała podczas pierwszej projekcji.

Reklama

Właściwie udałoby się film Allena uratować tylko interpretując go jako klasyczną grecką tragedię (reżyser nie raz pokazywał fascynację tym gatunkiem). Wtedy przewidywalna akcja dałaby się wytłumaczyć sugerowaną w tytule przepowiednią Kasandry - losem, który musi nadejść i nikt z uczestników dramatu nie może go powstrzymać. Jednak sam reżyser zadeklarował na konferencji prasowej: "Nie wyciągałbym zbyt daleko idących wniosków z mojego filmu. To prosta historia facetów, których słabość prowadzi do tragedii. Choć morderstwa zawsze mnie interesowały, tak jak Greków i Szekspira". Tłumaczył także, że ma dość filmów o relacjach damsko-męskich, dlatego teraz sięgnął po temat dwóch braci. Pocieszeniem dla fanów nowojorskiego reżysera może być to, że pięć dni temu w Barcelonie skończył pracę nad następnym filmem.

Rozczarował również kolejny wielki kina - Francuz Claude Chabrol. Jeden z tworców francuskiej Nowej Fali, który lata temu zerwał z awangardą, pokazał na festiwalu film po prostu banalny. "Le Fille coupe en deux" sprawia wrażenie, jakby Chabrol nie mogł przestać kręcić tego samego filmu od co najmniej 15 lat. Jego historia prezenterki telewizyjnej (Ludivine Sagnier) uwikłanej w nieszczęśliwy romans ze znacznie starszym popularnym pisarzem (Benoit Magimel) i "związek na pocieszenie" z młodym bogaczem (Francois Berleand) zaczyna się jak dobry, mieszczański francuski dramat z pieprzykiem, a kończy jak niższego sortu melodramat. Szczególnie nieznośne jest zakończenie - gdyby przez dwie godziny nie dotarło do widza, że bohaterka ma problem ze swoimi uczuciami, w ostatniej scenie zostaje ona asystentką magika w słynnej sztuczce przecinania człowieka na pół. Spotkany przeze mnie francuski krytyk filmowy powiedział mi, że wstydzi się tego, że Francja pokazuje właśnie takie obrazy w Wenecji.

Doświadczenie zawiodło także znakomitego reżysera Ridleya Scotta, który - tym razem jako producent - firmuje na festiwalu "Zabójstwo Jessego Jamesa przez tchórzliwego Roberta Forda". Film przypominający spaghetti westerny z długimi ujęciami i zbliżeniami twarzy bohaterów, chyba już nie sprawdza się w nowoczesnym kinie. Owszem, nie można odmówić mu plastycznego uroku, np. na ujęcia mężczyzn w czerni idących po śniegu aż miło popatrzeć. Ale całość - zwłaszcza wziąwszy pod uwagę, ile filmów poświęcono już postaci Jessego Jamesa - trąci myszką. Nie pomaga nawet urocza twarz Brada Pitta w roli tytułowego bandyty. Film przeleżał sporo czasu na półce, zanim został wprowadzony do kin. "Nie chodziło o problemy z dystrybucją" - zapewniał na konferencji prasowej Pitt, który zaangażował się w ten projekt również jako producent. "Po prostu długo rozważaliśmy, które części materiału są najlepsze. W ciągu roku przemontowaliśmy film 40 razy. Ja osobiście jestem fanem ponadczterogodzinnej wersji".

W obecności dziennikarzy aktor zadeklarował też, że nigdy nie spróbuje reżyserii, bo ta byłaby jego najprostszą drogą do domu wariatów. Pitt wbrew powszechnej opinii krytyków nie nazywa swojego filmu westernem. "Uważam, że to za wąska definicja dla >Zabójstwa...<" - mówił. - "Dla mnie to raczej film gangsterski".
Nadzieja jednak w młodszym pokoleniu. Po kolejnych pokazach zmęczonych mistrzów świeży powiew na festiwalu przyniósł film "Darjeeling Limited" Amerykanina Wesa Andersona ("Genialny klan", "Rushmore"). Jak zawsze u tego reżysera to genialnie wyważona słodko-gorzka opowieść o relacjach rodzinnych, chorych układach między rodzeństwem, rodzicami a dziećmi, w końcu między mężczyznami i kobietami.

Tradycyjnie otoczony swoimi ulubionymi aktorami (Owen Wilson, Bill Murray, Angelika Huston, do których dołączył Adrien Brody), Anderson umieścił akcję swojego filmu w Indiach. Trzech braci w rok po śmierci ojca umawia się na wspólną podróż duchową dziwacznym pociągiem, którego nazwa jest tytułem filmu. Okazuje się, że jeden z nich bez wiedzy pozostałych próbuje zaaranżować spotkanie z matką, która rozczarowana swoim życie w Ameryce została... zakonnicą na misji w Indiach. Tradycyjny czarny humor, w połączeniu z przejmującą refleksją o tym, jak mało potrafimy się zbliżyć do innych ludzi, i uroczą pozytywną puentą, powinien zawstydzić starych mistrzów.