Wojciech Wawszczyk – współreżyser, głos Jerza Jeżego:

Praca z Tomkiem Leśniakiem, Kubą Tarkowskim i całą resztą ekipy była jednym z najlepszych doświadczeń w moim życiu. Dużą trudnością jest zachowanie wiary w to, co się robi, podczas tak długiego procesu, ale znacznie większą przeszkodą okazał się brak wiary innych ludzi w naszą pracę. Film animowany w Polsce (podobny problem ma komiks) jest traktowany jak gorszy, mniej doskonały brat filmu aktorskiego: jest gorzej promowany, więc mniej ludzi go rozumie, jest gorzej finansowany, więc mniej takich filmów powstaje.

W istocie powstaje dużo krótkich form animowanych, ale są to albo niszowe artystyczne filmy festiwalowe, albo reklamy realizowane najczęściej przez ludzi bez wiedzy i doświadczenia filmowego. Brakuje filmów środka: pełnometrażowych realizacji rozrywkowych łączących próbę zdobycia masowego widza z wysokimi walorami artystycznymi. Czuję się tu pionierem i naprawdę nie mam zielonego pojęcia, czy i co ten film zmieni. Nie boję się reakcji fanów komiksu i środowiska filmu animowanego, ponieważ czujemy w nich ogromne wsparcie i robimy wszystko, żeby tym grupom film się spodobał. Nie jest to film dla każdego, wymaga dużego dystansu i inteligencji. Na początku chodziła nam po głowie realizacja filmu w 3D, ale udało mi się przeforsować technikę wycinankową, głównie z powodów czasowych (czytaj: ekonomicznych). W kilkunastoosobowym zespole osiągnęliśmy tempo pracy dwustuosobowego amerykańskiego studia – realizowaliśmy ponad minutę filmu tygodniowo. Wszystko, co pojawia się na ekranie, jest rękodziełem. Przez to film nie zestarzeje się tak szybko jak animacje 3D, a jego plastyka jest bliska komiksowi. Mam wielką ochotę zrealizować tą techniką kolejne filmy. Z tą samą rewelacyjną ekipą!

Maria Peszek – głos Yoli:

Kiedy zaczynaliśmy, nie podejrzewałam, że ostateczny efekt będzie aż tak dobry. Praca była ciężka, kilku reżyserów, wiele wersji każdej sceny. Aktorsko było to ciekawe, bo mieliśmy scenariusz, ale nie było obrazków, graliśmy, a dopiero do tego powstawały rysunki, ich kolejne wersje. Tylko jedna rzecz dziś mnie dziwi – dlaczego sceny erotyczne z moim udziałem, których było bardzo dużo, zostały wycięte? Namęczyliśmy się. Nagrywałam to z Borysem Szycem trzy lata temu w trzydziestostopniowym upale, w piwnicy na ulicy Bokserskiej. Było tak gorąco, że przynosili nam miednice z lodem, którym mogliśmy się chłodzić po uniesieniach. Dodatkową trudnością było to, że graliśmy kreskówkowe postaci, ich charaktery nie są złożone. Yola jest głupia i cycata. No i katoliczka dwulicowa. Co swoją drogą jest częste – istnieje kilka takich katoliczek blondynek, słynnych celebrytek, ale nie będziemy ich nazwisk wymieniać. Nie chciałam zresztą tej roli, chciałam grać Lilkę, która jest chyba jedyną postacią wielowymiarową. Dziwka o złotym sercu, coś jeszcze się mieni w tej postaci.


Sokół (Wojciech Sosnowski) – głos skinheada Stefana:

Występuję w podwójnej roli – aktorskiej i jako wykonawca kawałka "Jeż Jerzy", który promuje film. Muzykę napisali jedni z najlepszych w Polsce producentów hip-hopowych LA White House z Wrocławia, a ja i Ero zarapowaliśmy. Jeśli chodzi o dubbing, to pracowało się zajebiście. Pierwszy raz miałem okazję robić coś takiego, że nie podkładałem głosu pod gotową animację, tylko najpierw nagrano nasze głosy i do tego powstawały sekwencje filmu. To dało nam większe możliwości chociażby narzucania tempa animacji. Mogliśmy też w zdecydowanie większym stopniu wykreować te postaci, niż gdybyśmy mieli tylko trafiać w ruchy warg bohaterów.

Nie ukrywam, że chciałbym, aby ktoś mi jeszcze kiedyś zaproponował taką rolę. Bardzo chętnie podłożę głos nawet do disnejowskiej bajki, oby tylko nie była to jakaś kiszka.