Julianne Moore jest inna niż wszystkie. I nie chodzi o to, że jej rude włosy płoną jak u żadnej gwiazdy od czasów Katharine Hepburn. Nawet nie o to, że jako jedna z nielicznych ze swojego pokolenia aktorek – Moore kończy w tym roku 50 lat – zdołała uniknąć kryzysu związanego z niełaskawym dla kobiet wiekiem średnim. Wręcz przeciwnie, Julianne gra coraz ciekawsze, coraz odważniejsze role, jeszcze pełniej prezentujące rozmaite odcienie kobiecości. Co więcej, zdołała osiągnąć rzadki status gwiazdy zarówno w kinowym nurcie głównym, jak i w świecie filmu niezależnego.

W jej filmografii znajdziemy i wielkie produkcje w rodzaju "Parku Jurajskiego: Zaginionego świata" i "Hannibala", jak i małe niezależne produkcje, autorskie projekty reżyserskich osobowości, takich jak Todd Haynes ("Daleko od nieba") czy Paul Thomas Anderson ("Boogie Nights", "Magnolia"). Nie boi się też przyjmować propozycji od zagranicznych twórców, owianych sławą festiwalowych pieszczoszków, takich jak Alfonso Cuaron ("Ludzkie dzieci"). Do tej kategorii należą też "Miasto ślepców" w reżyserii Brazylijczyka Fernanda Meirellesa na podstawie prozy noblisty Jose Saramago oraz "Chloe" Kanadyjczyka o ormiańskich korzeniach Atoma Egoyana. W obu filmach zagrała kobiety, które decydują się przekroczyć ustalone konwencje i zasady. W "Chloe" wynajmuje prostytutkę, by sprawdziła wierność jej męża, w "Mieście ślepców", opowiadającym o tajemniczej epidemii ślepoty, jako żona lekarza symuluje utratę wzroku, by być bliżej męża.


Kobiety ogarnięte obsesyjną miłością, skrywające rozpacz lub balansujące na granicy szaleństwa – to role, w których celuje Moore i które buduje bez uciekania się do zbyt wyrazistych aktorskich środków. Ot, wystarczy półuśmiech, uniesienie brwi czy niedająca się podrobić głębia zielonkawego spojrzenia, abyśmy bez trudu wierzyli w ekranowe wcielenia aktorki. Na tym jednak nie kończy się ani odwaga, ani wyjątkowość rudowłosej gwiazdy. Pornografia, kazirodztwo, rozmaite odcienie erotyki – to obszary, których unika większość przedstawicielek aktorskiego mainstreamu. Ale nie Julianne Moore, która nie boi się łamać żadnego tabu, nie tracąc przy tym ani grama godności. Kimkolwiek by była na ekranie, jej królewska charyzma każe nam czuć szacunek do jej przekraczających wszelkie granice bohaterek.

Stosownie do swojego dojrzałego wieku coraz częściej grywa matki – sama jest zresztą matką 12-latka i 7-latki. Lecz kreowane przez nią postaci nie są pełne domowego ciepełka – to raczej szarpane przez wewnętrzne demony i poddane miażdżącemu działaniu konwenansów udręczone ludzkie dusze. Taka była, jako matka samobójczyni w "Godzinach" Stephena Daldry’ego czy flirtująca z czarnoskórym ogrodnikiem idealna pani domu z lat 50. w "Daleko od nieba" Todda Haynesa. Po stokroć taka w "Uwikłanych" Toma Kalina, gdzie stworzyła bodaj jedną ze swych najlepszych kreacji: postać zimnej i wyrachowanej kobiety, ogarniętej cielesną fascynacją własnym dorastającym synem. Oparta na faktach wariacja na temat kompleksu Edypa ma w sobie zarówno wielką subtelność, jak i nieuniknioną w tragedii brutalność. To jeden z tych filmów, po których długo nie możemy sie otrząsnąć – spora w tym zasługa aktorskiego kunsztu Moore.


Nikt, widząc ją na ekranie, ani przez moment nie wątpi w prawdziwą inteligencję aktorki – by oddać te wszystkie skomplikowane emocje potrzebny jest wszak, oprócz aktorskiego instynktu, także nielichy intelekt.

Jednak Moore postanowiła rozwiać wszelkie wątpliwości, debiutując przed trzema laty jako autorka książek. Jej przeznaczona dla dzieci, choć dowcipem mocno wykraczająca poza czysto dziecięcą lekturę opowieść o rezolutnej rudowłosej siedmiolatce "Freckleface Strawberry and the Dodgeball Bully" doczekała się przed miesiącem offbroadwayowskiej adaptacji. Przedstawienie zbiera znakomite recenzje – nic dziwnego, to przecież Julianne Moore.