Przez wiele lat byłaś symbolem amerykańskiego kina niezależnego. Teraz w swoim najnowszym filmie "Zodiak" rozpoczynasz przygodę z mainstreamem.

Reklama

Uważasz, że to taka wielka sensacja? David Fincher, który zaproponował mi rolę w wysokobudżetowym "Zodiaku", zawsze należał do tej grupy reżyserów, z którymi chciałam pracować. Lubię jego mroczne, trzymające w napięciu kino. Myślę, że nikt mi nie zarzuci, że motywem mojej decyzji były powody finansowe, a nie artystyczne. Tym bardziej, że rola Melanie jest prawie epizodyczna. Jeżeli do tej pory konsekwentnie unikałam kina hollywoodzkiego to dlatego, że byłam idealistką. Nie chciałam tracić czasu na kino banalne, miałkie, takie, które nie wkręca widza w fotel. Kiedy poznałam Harmony’ego Korine’a miałam 18 lat i bardzo szybko uległam jego wpływowi. Oboje mieszkaliśmy w Nowym Jorku i nienawidziliśmy komercji. Wierzyliśmy, że robimy kino awangardowe, które zrewolucjonizuje język filmu. Jasne, że to było dość naiwne myślenie, ale wtedy naprawdę tak czułam i myślałam.

Przyznałaś się, że kiedy David Fincher zaproponował ci rolę w "Zodiaku", nie byłaś w stanie przeczytać do końca książki Roberta Graysmitha, na postawie której powstał scenariusz, bo śmiertelnie cię znudziła.

Książka tak, scenariusz wprost przeciwnie. W filmie gram Melanie, żonę Roberta Graysmitha. To autentyczna postać karykaturzysty "San Francisco Chronicle", który na własną rękę postanowił rozwikłać zagadkę seryjnego mordercy Zodiaka terroryzującego San Fracisco w latach 70. Książka, suchy zapis policyjnego śledztwa, jest strasznie pogmatwana, celebruje szczegóły, które nie posuwają akcji do przodu. Zabrakło mi w niej ludzkiej perspektywy. Odkładając ją, zachowałam się dokładnie tak, jak Melanie ze scenariusza. Ona po prostu nie chce znać całej prawdy i najzwyczajniej boi się o Roberta. Chciałaby mu pomóc, próbuje go zrozumieć, ale w pewnym momencie czuje, że to wszystko ją przerasta. Dociera do niej, że jej mąż wpada w szaleństwo. Dlatego wyprowadza się z domu. Mnie samej prywatnie postaci Zodiaka ani Charlesa Mansona nigdy nie kręciły.

A wolno zapytać, co ciebie kręciło?

Kiedy byłam nastolatką, uwielbiałam nowojorskich skaterów z Tompkins Square i gwiazdy rocka. Podkochiwałam się w Tomie Waitsie. No i przypalałam halucynogenne jointy. Rodzice wpadli w przerażenie. Wysłali mnie do kliniki odwykowej. Na szczęście nigdy nie sięgnęłam po twardsze narkotyki. Bałam się, że dostanę ataku serca, gdy wciągnę trochę koki. Jakoś z tego wyszłam. Na pewno nie bez znaczenia był mój debiut w filmie Larry’ego Clarka "Kids". Gram tam nastolatkę zagrożoną wirusem HIV. Poczułam wtedy, że znalazłam sposób na siebie. Lepszy niż jointy.

Twoje kontrowersyjne role filmowe zupełnie mi nie pasują do deklarowanych przez ciebie konserwatywnych wartości, którymi - jak zapewniasz - kierujesz się w życiu prywatnym.

Wiem, że to może wydawać się dziwne, zwłaszcza że jako nastolatka buntowałam się wobec tego porządku, który teraz uznaję, ale nie jestem hipokrytką. Tak jak nagle nie stałam się dewotką. To jest rezultat błędnej identyfikacji aktora z jego rolami. Nawet wtedy, kiedy grałam chorą na AIDS nastolatkę w filmie "Kids", po wyczerpujących zdjęciach często czułam się zbrukana. Moje prywatne eksperymentowanie z jointami to była niewinna zabawa wobec koszmaru scenariusza tego filmu. Nie można tych rzeczy porównywać ze sobą. W każdym razie w czasie zdjęć do "Kids", gdy nikt nie widział, przychodziłam do... kościoła. Lubiłam posiedzieć w ciszy i mroku. To mnie uspokajało, nabierałam dystansu. Nie robiłam tego nigdy na pokaz.

Nie żałujesz słynnej, skandalizującej sceny seksu oralnego w "Brown Bunny"? Na festiwalu w Cannes kilka lat temu film ten zebrał straszne cięgi.

Nie, choć teraz z perspektywy czasu wiem, że to nie był dobry wybór. Jednak byłam wtedy młodą dziewczyną i zaufałam reżyserowi filmu, a zarazem mojemu ówczesnemu chłopakowi Vincentowi Gallo. Naprawdę oboje uważaliśmy, że przełamujemy obyczajowe tabu i odświeżamy konwencje melodramatu. Myśleliśmy nieskromnie, że tak jak bulwersująca scena z masłem w „Ostatnim tangu w Paryżu” Bertolucciego, tak i nasz epizod przejdzie do historii kina. Niestety tak się nie stało i dzisiaj już bym tego nie powtórzyła. Myślę jednak, że młody, kreatywny człowiek, który szuka swojego miejsca w kinie czy w sztuce w ogóle, ma prawo do błędów. Tylko ci, którzy nie ryzykują, ich nie popełniają. Cokolwiek w swoim życiu robiłam (nieważne, jak to było oceniane) wynikało z ciekawości i fantazji. Byłam w tym szczera, moje intencje nigdy nie brały się z chęci szkodzenia komuś lub czemuś. Zawsze mówiłam to, co czuję, i dostawałam po łapach. Dziś jestem ostrożniejsza.