Marianne i Johan są małżeństwem od 10 lat. Mają dwie córki, udało im się zbudować bezpieczny mieszczański dom. Oboje zdają się szczęśliwi, czym zresztą chwalą się każdemu, kto tylko chce słuchać. Ale wkrótce wychodzi na jaw, jak bardzo oszukiwali siebie samych, siebie nawzajem i świat dookoła. On, wykładowca akademicki, zakochuje się w studentce i odchodzi. Ona cierpi. Spotykają się ponownie, rozmawiają, oskarżają, podpisują rozwodowe dokumenty i rozstają chyba na zawsze. Ale nawet w scenach, gdy się ranią, czujemy, że tych dwoje coś jeszcze łączy. Uczucie, które nie może przebić się przez skorupę kulturowych uprzedzeń i osobistych egoizmów.

Reklama

W końcu się jednak przebija. Bo Marianne i Johan spotykają się ponownie. Ona ma nowego męża, on nową żonę, ale wciąż przyciągają się nawzajem. Razem wyjeżdżają do niegdyś wspólnego domku na wsi. Są już innymi ludźmi. W końcu odrzucili maski, pokonali fatum mieszczańskiej moralności i wreszcie dojrzeli do miłości.

I o tym tak naprawdę jest ten film. Bergman nie tylko boleśnie szczerze spowiada się z ran. Tych, których doznał, i tych, które sam zadał. Nie tylko zaklina w dialogi i zbliżenia swe najgłębsze przekonanie, że małżeństwo nie służy miłości, ale także daje świadectwo własnej wiary w to, że miłości można się nauczyć, przezwyciężając nakazy, zakazy i własne ograniczenia.

Ten film bardzo boli, ale i daje więcej nadziei, niż Bergman zwykł pokazywać. Choć się żadnym oczywistym happy endem nie kończy, daje na happy end szansę. Tym bardziej wiarygodną, że potwierdzoną szczęśliwym pitym małżeństwem Bergmana. I złudną, bo jak zwykle u Bergmana, i jak zwykle w życiu, prócz destrukcyjnych namiętności, jest jeszcze śmierć. To ona przekreśla wszelkie happy endy świata.


"Sceny z życia małżeńskiego"
Szwecja 1973; Reżyseria: Ingmar Bergman; Obsada: Liv Ullmann, Erland Josephson, Bibi Andersson, Jan Malmsjö; Dystrybutor: Gutek Film; Czas: 167 min
Premiera: 11 maja