Dziennik Gazeta Prawana logo

Prowokacyjnie zły film

12 października 2007, 16:22
Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
Lars von Trier to największy prowokator dzisiejszego kina. Błyskotliwy, zaskakujący, irytujący i zawsze kontrowersyjny. Tym razem poległ, bo w "Szefie wszystkich szefów" skupił się przede wszystkim na tym, jak ustawić kamerę.

"Szef wszystkich szefów" to podobno komedia. Podobno, bo ten film zamiast bawić, męczy. Główny bohater Ravn, przedsiębiorca z Kopenhagi, wymyśla fikcyjnego szefa, na którego zwala wszystkie decyzje, zwłaszcza te, które nie mogą liczyć na aprobatę ze strony podwładnych. Schody zaczynają się, kiedy postanawia sprzedać firmę. Kupujący chcą poznać szefa. Ravn zatrudnia więc aktora, który ma go odgrywać. Problem w tym, że aktor coraz bardziej utożsamia się ze swoją rolą...

Von Trier zapowiadał "Szefa wszystkich szefów" jako współczesną komedię opartą na wątku wojny płci, szalonym tempie i błyskotliwych dialogach. Nic z tego niestety nie znajdziemy. Tempo jest usypiające, wojny płci nie ma, bo kobiety to postacie drugoplanowe, a szybko wypowiadane, ale niezbyt błyskotliwe dialogi rzadko śmieszą. Zabrakło także prowokacji. Chyba że uznać za nią nazwanie Ibsena dupkiem. Albo to, że von Trier nakręcił nieudany film... Dlaczego więc w ogóle go zrobił?

Może potraktował "Szefa..." jako kolejny eksperyment. A von Trier od lat eksperymentuje z językiem, formą, strukturą filmową. Zdjęcia z ręcznej kamery, łączenie horroru z czarną komedią, musical w stylu "West Side Story", film w konwencji teatru telewizji, no i oczywiście słynny manifest "Dogma 95", który wywołał tyle emocji, a którym Duńczyk usiłował ratować kino.

Te eksperymenty mogły irytować i złościć. Zawsze jednak były uzasadnione, bo stanowiły integralną część kolejnych prac reżysera. Nie przesłaniały też treści filmów. Natomiast oglądając "Szefa...", ma się wrażenie, że von Triera interesowało tylko jedno - nowa technika filmowania zwana Automavision, a sprowadzająca się do ograniczenia wpływu człowieka na stronę wizualną filmu. Zamiast operatora o kompozycji poszczególnych kadrów i ustawieniu kamery decydował komputer.

Samuel Goldwyn, legendarny hollywoodzki producent, mawiał, że nie warto od razu kręcić filmu tylko dlatego, że ktoś ma coś do powiedzenia. Wystarczy napisać list. Na użytek "Szefa..." można by to powiedzonko sparafrazować - nie warto od razu kręcić filmu tylko dlatego, że ktoś chce poprzyciskać guziczek w komputerze.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło dziennik.pl
Zapisz się na newsletter
Świadczenia, emerytury, podatki, zmiany przepisów, newsy gospodarcze... To wszystko i wiele więcej znajdziesz w newsletterze Dziennik Radzi. Chcesz się dowiedzieć, kto może przejść na wcześniejszą emeryturę? A może jakie ulgi można odliczyć od podatku? Kto może otrzymać środki w ramach renty wdowiej? Zapisz się do naszego newslettera i bądź na bieżąco!

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj