Vincenzo Natali chciał „Istotę” nakręcić już kilkanaście lat temu, scenariusz krótkometrażówki o roboczym tytule „Mutants” był gotowy jeszcze przed „Cube”, dzięki któremu Natali wypłynął na szersze wody w filmowym biznesie. Potem rozwinął się do pełnego metrażu, zainteresowanych było kilku producentów. Tyle że bez efektów specjalnych realizacja tego filmu w ogóle nie miałaby sensu. A koszt ich produkcji przewyższał możliwości producentów niezależnych, zaś dla tych większych projekt był za mało komercyjny, by zaryzykować. Dziś efekty staniały, podrożały zaś oryginalne pomysły, więc „Istota” wreszcie mogła powstać.

Reklama

Film idealnie wpisuje się w dyskusję o granicach genetycznych eksperymentów, boskich manipulacji na ludzkich komórkach macierzystych i embrionach. W laboratorium genetycznym spotykamy Clive’a i Elsę (Adrien Brody i Sarah Polley), partnerów w pracy i życiu prywatnym, którzy próbują stworzyć ludzko-zwierzęcą hybrydę. Nie do końca wiadomo po co.

Tłumaczą się gęsto, że chodzi o wygranie walki z rakiem, parkinsonem, innymi nieuleczalnymi chorobami, ale bardziej jednak kieruje nimi ambicja. Mają całkiem niezłe wyniki, zostają gwiazdami świata pop-nauki. Tyle że finansująca ich badania korporacja odcina fundusze, żądając natychmiastowych efektów. Mimo to oboje kontynuują pracę i udaje im się wyhodować coś, co wygląda jak słodkie dziecko z planety Pandora w „Avatarze”, tylko mniejsze i nie niebieskie.

Humanoidalna „dziewczynka” z kangurzymi nogami, śmiercionośnym ogonem i nietoperzowymi skrzydłami rośnie błyskawicznie. Okazuje się też całkiem pojętna – bawi się misiami, składa literki. Dostaje imię Dren (anagram słowa nerd), a przybrani „rodzice” ukrywają ją przed światem najpierw w zakamarkach laboratorium, potem w opuszczonej chałupie, gdzie raczej nie da się opracować leku na żadną z chorób.

Takie nielogiczności trochę denerwują. Trzeba jednak przyznać, że Natali potrafi fabułę skonstruować tak, by rozwijała się intrygująco, a zarazem mieściła sporo wątków symbolicznych i całkiem poważnych humanistycznych dylematów.

Eksperymenty Clive’a i Elsy przywodzą na myśl z jednej strony utopię doktora Frankensteina, z drugiej medyczne laboratorium staje się rajskim ogrodem, w którym Elsa niczym Ewa kusi Clive’a – Adama do spróbowania zakazanego owocu z drzewa poznania dobrego i złego. Dalej zaś snuje Natali misterną psychodramę wygnania z Edenu, przenikania się cywilizacyjnych i biologicznych determinantów – macierzyńskiego instynktu, seksualnych popędów, kulturowych tabu.

Stworzyli potwora o morderczych instynktach, ale nie powołując go do życia, lecz w procesie późniejszego „uczłowieczania”. Koniec końców sami okazują się większymi potworami, produktami cywilizacji bez wartości. Natali daleko wykracza poza gatunkowe klisze, przynajmniej do standardowego finału.

Jego film hybrydyczną konstrukcją „humanistycznego horroru” na pół gwizdka przypomina nieco wczesne produkcje Cronenberga. Brody i Polley potrafią uwiarygodnić toczącą się na ekranie płciową, kulturową, generacyjną psychodramę, nasycić ją napięciem. Ale i tak nie wytrzymują konkurencji z Dren. Z jej metamorfoz oszczędne, ale spektakularne efekty potrafią wycisnąć całą niejednoznaczność. Dren bywa przerażającym monstrum, seksownym podlotkiem, niewinnym dzieckiem i słodkim zwierzątkiem. Zanim więc film zanurzy się na koniec w banale, zdąży wciągnąć w prowokacyjny thriller inteligentnie pytający o istotę tego, co nazywa się człowieczeństwem.