"Różyczka" zdobyła nie tylko najważniejszy laur festiwalu – Złote Lwy – lecz także Złotego Klakiera przyznawanego dla najdłużej oklaskiwanego filmu. Nagrodzona została też odtwórczyni głównej roli Magdalena Boczarska.

Reklama

Drugim triumfatorem był w Gdyni Feliks Falk, którego "Joanna" otrzymała dwie nagrody – za reżyserię i scenariusz. Niespodzianką były Srebrne Lwy dla filmu "Chrzest" Marcina Wrony. Za role w tym filmie nagrodę ex aequo otrzymali obaj odtwórcy głównych ról – Wojciech Zieliński i Tomasz Schuchardt.

Nagrodę specjalną odebrał Janusz Majewski za "Małą maturę 1947". Za najlepszy debiut reżyserski nagrodzono Marka Lechkiego za "Erratum". Ten film nagrodzili też w Gdyni dziennikarze. Platynowe Lwy za całokształt twórczości odebrał 88-letni Janusz Morgenstern.

Werdykt jury pod przewodnictwem Andrzeja Barańskiego, choć mocno dyskusyjny i przyjęty przez większość krytyków ze zdziwieniem, miał być salomonowy, ale jurorzy wybierać mogli spośród zaledwie kilku filmów przyzwoitych, ale niestety niewybitnych.

Można dyskutować, czy „Różyczka” rzeczywiście jest lepsza od pominiętej przez jury „Matki Teresy od kotów” Pawła Sali albo kameralnego „Erratum” Lechkiego, ale nie zmienia to faktu, że poziom tegorocznego konkursu był wyraźnie słabszy niż w poprzednich latach i na Złote Lwy na dobrą sprawę nie zasłużył nikt.

Festiwal był nijaki, bezbarwny. Dominowała letniość i nieco anachroniczna formalna zachowawczość, stanowczo za wiele było filmów słabych albo wręcz nieoglądalnych, jak „Fenomen” Tadeusza Paradowicza.

Z pewnością słabszy poziom da się po części wytłumaczyć przeniesieniem festiwalu z września na maj. Choć liczba zgłoszonych tytułów była podobna jak w poprzednich latach, to jednak nie wszyscy zdążyli swoje filmy ukończyć.

Miejmy nadzieję, że to kryzys przejściowy, wszak filmów produkuje się wciąż sporo, a repertuar konkursowy był przynajmniej różnorodny. O powrocie do zabójczego dla kinematografii myślenia trendami i nurtami nie ma więc na szczęście mowy.