Festiwal otworzył chiński film Wanga Quan’ana ("Razem i osobno"). Laureat Złotego Niedźwiedzia sprzed dwóch lat (za film "Tuya de hun shi", pol. "Małżeństwo Tui") opowiedział o członku chińskiego Kuomintangu, który po przejęciu władzy przez komunistów spędził wiele lat na Tajwanie. Teraz wraca do Szanghaju, by odszukać niewidzianą od dekad ukochaną. Kobieta założyła już nową rodzinę. Teraz we troje: on, ona i jej mąż, wszyscy już po siedemdziesiątce, podejmują próbę nadrobienia tych lat i odwrócenia czasu.
To bardzo ciekawe kino, intymne, rzucające ciekawe światło na życie tak zwanych zwyczajnych ludzi. Niestety, to jedyny ciekawy obraz z tamtej części świata w sekcji konkursowej.
W selekcji znalazł się obraz bodaj najbardziej znanego filmowca Chińskiej Republiki Ludowej Zhanga Yimou pod intrygującym tytułem .
Witany owacjami reżyser przywiózł do Berlina obraz, którego scenariusz powstał na podstawie "Śmiertelnie proste" - pierwszego filmu braci Coen.
Choć przeniósł akcję kilkaset lat w przeszłość i umieścił ją w Chinach, fabuła pozostaje dość wierna oryginałowi. Chciwy pan Wang jest właścicielem sklepu z kluskami położonego na
zupełnym odludziu. W scenie otwierającej film jego młoda żona kupuje pistolet od wędrownych handlarzy z Persji i próbuje namówić swojego kochanka - jednego z pracowników sklepu –
by za pomocą nowego zakupu pozbył się starego i sadystycznego małżonka. Tymczasem Wang, podejrzewając romans żony, najmuje policjanta, by zamordował parę kochanków.
W filmie Coenów przeważały ironiczne nuty, czarny humor i napięcie. Zhang Yimou postawił na slapstick. Zrobił film stricte rozrywkowy, na którym publiczność wybuchała raz po raz gromkim
śmiechem. Dla wszystkich tych, którzy lubili wizualny styl jego "Domu latających sztyletów" czy "Hero", będzie to seans przyjemny. Balansujący na granicy
sztuczności i przerysowania: z wyjątkowo wyrazistymi kolorami, precyzyjnie skomponowanymi dekoracjami i genialną choreografią scen. Ale Yimou nie oferuje nic więcej poza ucztą dla oka (baletowa
scena wyrabiania makaronu pozostaje w pamięci widza) i dość prostym humorem.
Najbardziej rozczarowującą czy wręcz skandaliczną propozycją w konkursie był japoński tytuł ("Gąsienica") w reżyserii Koji
Wakamatsu. Akcja rozgrywa się podczas wojny japońsko-chińskiej w latach 40. Do małej wioski powraca bohater wojenny, porucznik Kurokawa. Jest straszliwie okaleczony: nie ma rąk i nóg,
poparzoną twarz wykręca ból, nie może mówić i nie słyszy. Staje się lokalnym świętym: odznaczonym przez cesarza obrońcą ojczyzny. Żona, początkowo odrzucająca przeraźliwego kalekę, z
czasem staje się dla wioski wzorem cnót i przykładem wierności. Na zewnątrz widzimy bowiem uśmiechniętą kobietę, dzielnie pracującą na całą rodzinę, wożącą w specjalnym koszu swojego
udekorowanego licznymi orderami "boga wojny" po wiosce.
Dramat rozgrywa się za zamkniętymi drzwiami. Mężczyzna, choć pozbawiony fizycznej przewagi, wciąż ma władzę nad żoną: zmusza ją nieustannie do seksu, zabiera ostatnie zapasy jedzenia.
Ona, przed wojną bita i gwałcona przez niego, spętana kulturowym obowiązkiem służenia, nie jest w stanie odegrać się na mężu. Krótkie chwile zemsty nie smakują, tak jak powinny, obarczone
poczuciem powinności wobec kaleki, pana domu, a przede wszystkim bohatera wojennego.
Ten kameralny dramat dwójki ludzi reżyser rozciąga na szerszy plan. Porucznik Kurokawa wcale nie jest czystym jak łza bohaterem wojennym. Straszliwych obrażeń nie doznał w równej walce na
polu bitwy, ale w jakiejś wiejskiej chacie, której dach zawalił mu się na głowę, gdy gwałcił chińskie dziewczęta. Jest sadystą, nie żołnierzem, a upokorzenia, których doznaje od żony,
mogłyby być metaforą zemsty fundamentalnej za to, jak świat rozdaje role: ofiar i katów, służących i panów, kobiet i mężczyzn. Takie ustawienie filmu byłoby nawet do zaakceptowania, gdyby
nie gigantyczne nadużycie w jego finale. Oto bowiem reżyser przenosi swój film w jeszcze szerszy kontekst, pokazując bomby atomowe spadające na Hiroszimę i Nagasaki. Puentuje swój obraz
zdjęciami dokumentalnymi ofiar niosącymi przesłanie antywojenne, zupełnie nieprzystające do tego, czego świadkami byliśmy przez cały seans.
Na półmetku festiwal w Berlinie nie wygląda tak dobrze, jak można było spodziewać się po ogłoszeniu selekcji. Brakuje filmów wybitnych. Może jednak coś jeszcze się zdarzy - przed nami
premiery nowych dzieł Michaela Winterbottoma ("The Killer
Inside Me") i Jasmili Żbanić ("Na
Putu"). Może zwycięzca pojawi się w ostatniej chwili?
6 najważniejszych premier 60. Berlinale
>>
Polański zachwycił Berlin, Scorsese już mniej >>
Berlin docenił charyzmę Agaty Buzek >>
Berlinale pod znakiem opowieści rodzinnych >>
Zagraniczne media typują film Polańskiego do Złotego Niedźwiedzia
>>