"Ricky"
Reklama
Francja 2009; reżyseria: Francois Ozon; obsada: Alexandra Lamy, Sergi Lopez, Melusine Mayance, Arthur Peyret; dystrybucja: Gutek Film; czas: 89 min; Premiera: 27 listopada; Ocena 4/6



Autor „Ośmiu kobiet”, „Basenu” i „5x2” wyrobił sobie opinię wnikliwego obserwatora układów rodzinnych. Zawsze też lubił podawać swoje, w gruncie rzeczy kameralne historie o uczuciach thrillerowym sosem. W „Rickym” zaserwował swoje spécialité de la maison, tyle tylko, że dorzucił do niego wątek fantastyczny.

Ozon śmiało gra w swoim najnowszym filmie z gatunkami. Zaczyna z poziomu dramatu społecznego. Katie (Alexandra Lamy) jest szeregową pracownicą fabryki kosmetyków i samotną matką 7-letniej dziewczynki. Jak w przyzwoitym kinie zaangażowanym, nie wiadomo kto komu bardziej matkuje: dziewczynka jest nadopiekuńcza i przesadnie odpowiedzialna jak na swój wiek, Katie nie zawsze udaje się pamiętać by odebrać córkę na czas ze szkoły itd. W fabryce kobieta zaczyna romansować z kolegą z pracy - imigrantem z Hiszpanii Paco (Sergi Lopez). Nieplanowana ciąża spowoduje, że para prawie obcych sobie ludzi ze sporym bagażem życiowym będzie próbowała zbudować rodzinę. Szybko zresztą odkryją, że sama namiętność do tego nie wystarczy. Francuski reżyser zmienia jednak tonację filmu, w momencie, w którym nowonarodzony syn - tytułowy Ricky - zaczyna wykazywać pewne odchylenia od normy. Wolta jest zresztą dość szokująca, bo obraz Ozona zamienia się w gwałtownie w bajkową historię, z pogranicza scenariuszy składanych w wytwórni Disneya.

W tej zaskakującej fabule udaje się Ozonowi powiedzieć coś istotnego o granicach wolności w klatce, jaką są uczucia i przełamać kulturowe tabu milczenia o mało przyjemnych stronach macierzyństwa. Twórca „5x2” nie raz już udowodnił, że ma oko do obserwacji relacji damsko-męskich. Tym razem pokazuje, że posiadanie dziecka to nie tylko powód do radości, często jego pojawienie się rodzi zazdrość, konflikty między rodzicami, a nawet rozpad świetnie wcześniej funkcjonujących związków.

„Ricky” to film przede wszystkim nastawiony na dialog - otwarty na każdą interpretację i odczytanie na bardzo wielu poziomach. Defekt Ricky’ego, który wprowadza film na tory fantastyki i który rozdrażnił bardzo wielu widzów, może być widziany jako metafora jego śmierci, są też tu sceny, które sugerowałyby, że nic nie dzieje się naprawdę, że wszystko to urojenia Katie, która nie daje sobie rady z własnym życiem. Reżyserowi udaje się do końca utrzymać nas w niepewności, co z tego, co widzimy jest prawdziwe, a co jest wyobrażone. Prawdziwy jest na pewno lęk przed utratą wolności, przed byciem rodzicem, przed brakiem zainteresowania ze strony tych, na których liczymy. Uchwycenie strachu, który dotyczy prawie każdego człowieka może wydawać się dość karkołomne w proponowanej przez Ozona formule. Mnie ona absolutnie przekonuje.