Kilka lat temu deklarował pan, że zrobi pan film, którym ostatecznie zamknie pan serię o relacjach rodzinnych, który nieustannie powraca w pańskich obrazach, choćby w debiutanckim „Sitcomie” czy niedawnym „5x2”. Czy można powiedzieć, że „Ricky” to przewrotna puenta tego cyklu?
Francois Ozon: Mówiłem tak? Nie taki zamiar miałem, kiedy kręciłem „Ricky’ego”, ale kończyłem montować pomyślałem sobie: o matko! Wszyscy, którzy kiedykolwiek oglądali moje filmy pomyślą, że to jest kontynuacja tamtego tematu, że tym razem teraz zabrałem się za opowiadanie o śmierci dziecka. Ale to tylko jedna z możliwości odczytania „Ricky’ego”. Moim zdaniem nie jedyna.

Reklama

Podstawą scenariusza była książka.
Przyjaciel podrzucił mi zbiór opowiadań brytyjskiej autorki Rose Tremain. „Moth” – czyli opowiadanie, na którym oparłem scenariusz „Ricky’ego” – nie był najważniejszym tekstem w tej książce, ale przykuł moją uwagę. Poszczególne sceny wydawały mi się bardzo śmieszne i bardzo filmowe. Wiedziałem, że to świetny materiał na film, ale początkowo sądziłem, że nie jestem najlepszym reżyserem dla tego projektu. Kiedy czytałem myślałem raczej, że to materiał dla wytwórni Walta Disneya albo dla braci Dardenne – podczas lektury często myślałem o ich filmie „Rosetta”. Ja nie czuję się specem od filmów o robotnikach z fabryk. Dwa czy trzy lata opowiadanie kołatało mi się po głowie, aż w końcu pojawił się pomysł jak się w nie zaangażować na tyle by stworzyć adaptację.



W czym tkwił problem z adaptacją?
Najmniejszym problemem było latające dziecko – to była łatwizna. Bardziej obawiałem się czy potrafię opowiadać o tym, jakie zamieszanie wprowadza pojawianie się nowego członka rodziny, jak pokazać zmianę w życiu pary w takim momencie. Dla mnie to jest film o tym, jak ludzie próbują na nowo znaleźć sobie miejsce w rodzinie, gdy ta się powiększa. Chciałem pokazać ją równocześnie jako miejsce, w którym dzieje się coś pozytywnego, konstruktywnego, ale też jest przemoc, pułapka, wszystko to, od pragniemy uciec. Denerwuje mnie, że zachodnie społeczeństwo tak łatwo idealizuje macierzyństwo. Być matką znaczy kochać. Koniec kropka. A wcale nie! To dużo bardziej skomplikowane. To wcale nie dzieje się automatycznie. W ostatnim roku we Francji niemal zalewały nas informacje o matkach, które znęcały się nad dziećmi, mordowały je w okrutny sposób, wkładały do zamrażalnika! Ciekawiła mnie koncepcja pokazania złożoności relacji matki i dziecka – jedne kobiety są w stanie kochać dziecko bez względu na wszystko, inne je zakatować. Co o tym decyduje? To samo zresztą dotyczy dzieci. Nikt publicznie nie mówi o nich inaczej niż jako o uroczych aniołkach. A przecież to nieprawda. Dzieci potrafią być potworami. Dlaczego wszyscy nabierają w tej sprawie wody w usta? Przecież noworodek to wymagający ciągłej opieki kawał mięsa. To może przerazić nawet najbardziej cierpliwą matkę. A dla ojca to jeszcze większa trauma. Pewnego dnia odkrywasz, że między tobą a twoją żoną w twoim łóżku leży ktoś trzeci. Część kobiet ma dziecko z egoizmu, bo chcą mieć coś swojego. Nie dopuszczają mężczyzn do swoich dzieci. Nic więc nie wymyśliłem, wszystko to obserwacja rzeczywistości. W porównaniu z faktem jaką rewolucją w życiu ludzi jest dziecko, fakt, że ma ono skrzydła wydaje się łatwy do zaakceptowania.



W „Sitcomie” przybycie szczura powoduje zupełny rozpad rodziny i tragedię. W „Rickym” taki sam efekt wywołuje pojawianie się dziecka. Wciąż krąży pan dookoła tematu rozpadu relacji rodzinnych.
„Sitcom” był rzeczywiście zrobiony z potrzeby rozliczenia się z rodziną. Opowiedziałem o przemocy, o złych emocjach. Urządziłem sobie prywatną zemstę. Symbolicznie zamordowałem w nim swojego ojca. Robiąc „Ricky’ego” nie byłem w takim agresywnym nastoju, można powiedzieć, że to film, który jest efektem melancholii. Tym razem nikogo nie zabijam – dziecko tylko znika. Pojawia się szansa odbudowania związku przez jego rodziców. Taki dziwny happy end, choć oczywiście nie w rozumieniu amerykańskim. Ale w kinie europejskim z takim zakończeniem będę robił za optymistę…

Wiele osób po pokazie „Ricky’ego” wspominało o skojarzeniach z „Dzieckiem Rosemary”.
Nie oglądałem go specjalnie przed kręceniem „Ricky’ego”, ale miałem go cały czas z tyłu głowy, gdy pracowałem nad filmem. Natomiast zanim przystąpiłem do zdjęć bardzo uważnie obejrzałem jeszcze raz „Muchę” Davida Cronenberga.



Wspomniał pan braci Dardenne, z ich filmów czerpał pan pomysły na pokazanie klasy robotniczej, której nigdy wcześniej pan nie filmował?
Trochę z nich, trochę z Kena Loacha. Bardzo lubię takie kino, choć sam go wcześniej nie robiłem. Dla mnie zawsze ważna jest możliwość pogrania sobie z gatunkiem. Tym razem grałem z kinem społecznym. Jak dla każdego kinofila, najciekawsze są dla mnie nieprzewidywalne miksy – braci Dardenne z Davidem Cronnenbergiem. Nieczystość gatunkowa – tak proszę podpisywać moje filmy w kratce, w której musi pani podać swoim czytelnikom czy to komedia czy dramat.

Przed pierwszym pokazem filmu bardzo chronił pan informacje o nim. Nigdzie nie można było znaleźć choćby notki z zarysem fabuły, ani informacji o podstawie literackiej scenariusza.
Zaskoczenie publiczności jest dla mnie zawsze bardzo ważne. Ale jak teraz zaskoczyć publiczność? Wszystkie informacje wyciekają do sieci, a każdy ma do niej dostęp. Idealna sytuacja dla reżysera to pokazywanie filmu publiczności, która nie ma pojęcia co zobaczy, kto to zrobił, na czysto. A zadaniem reżysera jest ich uwieść na pierwszej randce. Pierwszy zwiastun „Ricky’ego” zmontowałem tak, by wszyscy myśleli, że to będzie horror.

Reklama



Jak wyglądała praca z niemowlakiem?
Casting na dziecko oznacza zawsze casting na jego matkę. Czasem jakieś dziecko wydawało mi się idealne do filmu, ale mamusia była nie do przejścia. Znalazłem świetnego chłopca, pełnego uroku, śmiesznego, ruchliwego, ale za każdym razem kiedy go dotykałem, jego matka zaczynała wrzeszczeć. Trochę by to utrudniało pracę nad filmem. W końcu zagrał synek stewardesy – może dlatego tak łatwo zaakceptowała moje pomysły na latające dziecko. Z dzieckiem jest łatwiej niż z profesjonalnym aktorem – czasem zmuszenie aktora do płaczu zajmuje trochę czasu. A dziecko, wystarczy nie dać mu jeść w porze karmienia i masz piękną scenę płaczu! Chłopiec uwielbiał sceny, w których latał, zaczynał się wtedy niesamowicie cieszyć. W ujęciu, w którym w filmie odlatuje, naprawdę zawiesiliśmy go w powietrzu. Cała ekipa była blada ze strachu, on chichotał, a ja krzyczałem: wyżej, wyżej!

Chłopiec lata i ma prawdziwe skrzydła – w niektórych fazach rozwoju wyglądające jak stoisko z drobiem w supermarkecie. Dlaczego tak panu zależało na naturalizmie scen, nie mógł mieć pięknych skrzydełek z barkowych obrazów?
Bardzo chcieliśmy uciec od skojarzeń dziecka z aniołem. Po raz pierwszy miałem na planie konsultantów weterynarzy, którzy pomagali specjalistom od efektów specjalnych zrobić skrzydła przypominające skrzydła ptaków. Sama pani przyznała, że nie wygląda to zbyt ładnie, skrzydła Ricky’ego są na początku odrażające, jak u oskubanego kurczaka. Katolicy i tak zobaczą w tym jakieś religijne konotacje, ich wybór. Ja daje wolność każdemu widzowi, bez względu na wyznanie.