Po raz ostatni sześć gwiazdek dla tytułu z bieżącego repertuaru przyznałem w poprzedniej dekadzie, pisząc recenzję z "Jego brata" Patrice'a Chereau. Arcydzieło Michaela Hanekego opowiada w gruncie rzeczy o tym samym co Chereau. To film o erotyzmie odchodzenia, miłości granicznej, przekraczającej doczesność. Być może rację miał Jarosław Iwaszkiewicz twierdzący, że prawdziwie wielka sztuka to w końcu zawsze ta sama narracja – stracie Erosa z Tanatosem, miłosna umieralnia. Haneke w być może najwybitniejszym filmie ze zdumiewającą formalną prostotą porusza wiele tak zwanych wielkich tematów. Odchodzenie w cieniu istnienia, fizyczne starzenie się ciała, które defrauduje dotychczasową jasność myśli, wreszcie niemal nieobecny w światowym kinie portret umierania, pokazany z perspektywy niewidzialnego świadka – cichego, ofiarnego opiekuna.

Tematem wiodącym jest wszakże śmierć pokazana bez religijnego, metafizycznego sztafażu – przedstawiona na tyle dyskretnie, że niekiedy trudno uwierzyć, że pod "Miłością" podpisał się autor "Funny Games", jednego z najokrutniejszych filmów, jakie widziałem kiedykolwiek. Tym razem Haneke zamyka drzwi przed cynizmem. Nie zajrzymy pod podszewkę umierania – odchodzenie to świętość. W światowym kinie, które przełamało ostatnie bariery ekranowej fizjologii, dyskretny manifest wielkiego twórcy powinien dać nam do myślenia.
Doceniając wszystkie wcześniejsze filmy Michaela Hanekego, zżymałem się niekiedy na wyraziście stawiane przezeń tezy, formułowane w stylu tak gwałtownym, że właściwie niedopuszczającym odrębnego zdania. W "Miłości" reżyser stępił pazur doktrynera, wyostrzył obserwację laboratoryjnego świadka. Nie ma tym razem okrucieństwa, jest cichy ból istnienia i przejmująca empatia.

Są bardzo starzy oboje – Georges i Anna. Mieszkają w Paryżu, słuchają Schuberta. Znają się tak dobrze, że w zasadzie nie muszą rozmawiać. Wszystkie słowa dawno temu zostały wypowiedziane. Haneke nie sentymentalizuje tego portretu. Dwoje emerytów, dawnych muzyków, ma za sobą różnego rodzaju doświadczenia. Doskonale czujemy, że w ich relacji było miejsce nie tylko na miłosny afekt, a po latach na przyjaźń i oddanie, ale także bunt, zniechęcenie, być może także zazdrość i zawodowe frustracje. To wszystko minęło. Na ostatniej prostej, podobnie jak w "Końcu świata", wybitnym średniometrażowym debiucie Doroty Kędzierzawskiej, starym ludziom zostają jedynie starannie pielęgnowane rytuały codzienności – długie śniadanie, drobne reperacje psujących się urządzeń, trening zwiotczałych mięśni, żeby zmusić się do kolejnego wysiłku: ciała i ducha. I tak mija dzień za dniem.

Są przy tym samowystarczalni, niepodlegli w symbiotycznej współzależności. – Na miłość pracuje się latami, co miesiąc odkładając, żeby starczyło na starość, gdy już nie ma się siły ani chęci – pisała Joanna Bator w "Piaskowej górze". Anna zaczyna jednak chorować. Pierwszy wylew, kolejne. Kobieta nie chce iść do szpitala, Georges doskonale rozumie tę postawę, postanawia samodzielnie zająć się żoną. Trwa to tygodniami. Czasami postępujący paraliż osładzają chwilowe remisje. Małżeństwo jak dawniej słucha płyt, przyjmuje gości, wiemy jednak, że finałem drogi będzie ostateczny kres. Kule, wózek inwalidzki, w końcu wegetacja w łóżku. Najpierw zapomina się skomplikowanych fraz, potem nazwisk, wreszcie – jak Anna – pamięta tylko refren starej piosenki, którą we wczesnym dzieciństwie śpiewała nam mama.

Przy Annie tkwi Georges. Przechodzi z nią kolejne stacje świeckiej drogi krzyżowej. Klęczy bez modlitwy, współczuje bez ckliwej litości, staje się żoną. Ostateczne rozwiązanie klinczu, w którym się znaleźli, wyda się szokujące jedynie dla tych, którzy tak mocno przywiązali się do religijnych konwenansów, że nie potrafią przyjąć alternatywnej drogi odkupienia. Haneke dotyka fundamentalnej kwestii komplementarności długowiecznych związków. Ile razy słyszeliśmy, a być może znamy to wszystko z autopsji, że wkrótce po odejściu babci/matki umarł także dziadek/mąż. Również dlatego drastyczne rozwiązanie które zaproponował nam Haneke, może początkowo wydawać się trudne do przyjęcia, ale nawet jeżeli nie potrafimy przyznać bohaterowi racji, rozumiemy jego decyzję. Bohaterstwo przez rezygnację.

Idealnie obsadzeni Emmanuelle Riva i Jean Louis-Trintignant dają w "Miłości" pożegnalne kreacje życia. Postarzały Trintignant przegląda się w portretach nowofalowych dzikusów, potem dojrzałych mężczyzn – jak z "Czerwonego" Kieślowskiego. Dzisiaj jest starcem. Podobnie Riva: w zasadzie nie robi niczego. Ale to aktorskie trwanie mieni się tysiącem znaczeń. Afazja Anny, zniekształcenie narzędzi mowy, destrukcja ciała mają w ujęciu Emmanuelle Rivy charakter zapisu niemal dokumentalnego, chociaż film Hanekego jest skończoną, wypracowaną w najmniejszym szczególe kreacją. Proszę zwrócić uwagę na muzyczny i dźwiękowy zapis filmu – ścieżka dźwiękowa to jedynie fragmenty płyt słuchanych przez Annę i Georgesa, z kolei ich paryskie mieszkanie staje się trzecim, równoprawnym bohaterem spektaklu. Przestrzeń pokoi, płyty, bibeloty i mieszczańskie meble ujawniają pozorny trzeci wymiar: czas obiektywny staje się funkcją czasu subiektywnego, składową klarownych myśli mieszkańców, w które wdała się sprzęgająca choroba.

– Jak się czuje mama? – pyta córka z nadzieją na kłamliwe pocieszenie. Georges nie chce nikogo kłamać, mówi spokojnym głosem: – Z każdym dniem będzie się pogłębiała, żadnych szans na poprawę. Dookoła rozgrywa się spektakl zmiennych postaw. Nie wszyscy są źli jak impertynencka pielęgniarka lub obojętni jak córka, mistrz Haneke pokazuje także postawy przeciwne, czułe i serdeczne. Nie zmienia to jednak bolesnej konkluzji. W bezgranicznym cierpieniu kochających się osób zawsze jesteśmy samotni. W nowym filmie Austriaka śmierć jest przede wszystkim wstydem, kompromitacją dla humanistyki, człowieczeństwa wywyższonego. Śmierć to przerażenie z krzykiem uwięzionym w gardle, ból stacatto.

Maria Dąbrowska notowała w "Dzienniku": – Nikt nie wie, ile nadziei jest jeszcze w braku nadziei, ile wiary – w braku wiary, ile miłości – w braku miłości. Różne aspekty rezygnacji. Anna i Georges przerobili wszystkie.

MIŁOŚĆ | Austria, Francja, Niemcy 2012 | reżyseria: Michael Haneke | dystrybucja: Gutek Film | czas: 127 min