"Dziwne losy Jane Eyre" to obok "Wichrowych wzgórz" Emily Bronte najtrwalszy pomnik literacki utalentowanych sióstr: Emily Jane, Anny i Charlotte, które w połowie XIX wieku dały nowy wyraz powieści wiktoriańskiej. Wydawane pod pseudonimami powieści i wiersze Anny, a zwłaszcza Charlotte i Emily, nie tylko zwycięsko przetrwały próbę czasu, ale przez kolejne stulecia stały się jedną z najsilniejszych literackich inspiracji dla artystów kina, teatru, opery czy telewizji.

Zmieniała się również percepcja "Jane Eyre" – najpierw książka była przede wszystkim traktowana jako literatura popularna. Dopiero w połowie XX wieku zachwyciły się nią feministki, a powieść doczekała się także badań antropologicznych. Zmierzenie się z postacią Jane Eyre stało się również wyzwaniem dla co najmniej kilku pokoleń znakomitych aktorek. Moim zdaniem najlepsza była Charlotte Gainsbourg w klasycznej adaptacji Franka Zefirellego (1996), ale wiele komplementów zebrała także Ruth Wilson za wycieniowaną kreację w udanym telewizyjnym miniserialu z 2006 roku na podstawie powieści Charlotte Bronte.

Cary Fukunaga w najnowszej adaptacji "Dziwnych losów..." nie zajmuje się badaniami genderowymi, skupiając się na budowaniu mrocznej, gotyckiej atmosfery, oraz dając pole do popisu angielskim i amerykańskim aktorom: Mii Wasikowskiej w roli Jane Eyre, Michaelowi Fassbenderowi (Rochester) czy Judi Dench (pani Fairfax).


W zgodzie z literą powieści oglądamy Jane Eyre, która zatrudnia się jako guwernantka w hrabstwie Thornfield. Pomiędzy zamkniętą w sobie dziewczyną a chmurnym, kryjącym własną tajemnicę właścicielem Thornfileld Hall Edwardem Rochesterem rodzi się uczucie.

Fukunaga, Amerykanin japońskiego pochodzenia, autor przejmującego dramatu "Sin Nombre – Ucieczka z piekła”", jest zafascynowany wiktoriańską Anglią. Pietyzm w odtwarzaniu klimatu epoki jest w filmie widoczny. Oddychamy zatrutym powietrzem zamczyska Rochestera, jesteśmy pod wrażeniem dbałości w odtworzeniu wystroju wiktoriańskich wnętrz, kostiumów, detali. Znacznie gorzej przedstawia się jednak warstwa psychologiczna. Pierwszoplanowy wątek miłosny nie ma tutaj adekwatnej temperatury ekranowej. Cary Fukunaga taktycznie ucieka przed sentymentalizmem, ale przecież siła "Jane Eyre" polegała właśnie na tym, że powieść Bronte, będąc niemal wzorcowym melodramatem, stała się także rewolucyjną jak na owe czasy manifestacją wyzwolonej kobiecości. Tymczasem Fukunaga jest tylko chłodnym stylistą. Brakuje mu uczucia. Niezbyt dobrze poprowadził także aktorów. Wasikowska i Fassbender poprawnie wykonują zadania, ale trudno mówić o wielkich kreacjach, skoro między Jane a Rochesterem nie ma żadnej chemii. "Jane Eyre" to solidnie wykonane zadanie i niewiele więcej. Na wybitną adaptację powieści musimy jeszcze poczekać.

JANE EYRE | Wielka Brytania, USA 2011 | reżyseria: Cary Fukunaga | dystrybucja: ITI Cinema | czas: 120 min