Od naukowych eksperymentów po filmowe arcydzieło

Przełom lat 50. i 60. to złote czasy rozwoju amerykańskiej psychologii społecznej. Ta stosunkowo nowa wówczas, interdyscyplinarna dziedzina nauki skupiała się na próbach zrozumienia zjawiska tzw. wpływu społecznego: sposobów, w jaki motywacje i zachowania jednostki mogą zostać zmienione przez – realne albo wyobrażone – działania innych ludzi oraz kontekst instytucjonalny, w którym jednostka funkcjonuje.

Dociekania psychologów społecznych finansowano w USA z czysto utylitarnych względów – owocowały bowiem efektywnymi technikami marketingowymi. Ale naukowcy mieli większe ambicje: chcieli wyjaśnić, skąd bierze się ludzka uległość wobec instytucji totalnych. I jak to się dzieje, że ktoś staje się katem, a ktoś inny ofiarą? Zwieńczeniem pierwszego etapu tych dociekań był słynny eksperyment Stanleya Milgrama z lat 1961 – 1962 dotyczący posłuszeństwa wobec autorytetów, w którym ludzie bez żenady razili prądem swoich bliźnich, jeśli tylko facet w białym kitlu mówił im, że to konieczne dla powodzenia eksperymentu.

Wybitna powieść Kena Keseya „Lot nad kukułczym gniazdem” (1959, wyd. 1962) wyrasta więc z ducha swoich czasów – Kesey, znany później jako jeden z najgłośniejszych orędowników amerykańskiej kontrkultury, dobrze zresztą znał osobliwy świat szpitali psychiatrycznych. Pracował bowiem przez jakiś czas w tego typu placówce na nocnych zmianach i doszedł do wniosku, że hospitalizowani nie są szaleńcami – szalona jest natomiast instytucja, która ich więzi za nonkonformizm i brak pokory.

Trzeba było przybysza z Europy Wschodniej, by refleksje Keseya zamieniły się na ekranie w wielką metaforę totalitaryzmu. Miloš Forman opowiedział historię, która była zrozumiała po obu stronach żelaznej kurtyny. Film dostał pięć Oscarów, a kreacja Jacka Nicholsona przeszła do historii jako jedna z najwybitniejszych ról w dziejach kina. Po 35 latach nadal ogląda się „Lot nad kukułczym gniazdem” ze ściśniętym sercem i narastającym przerażeniem. Zawsze warto.

LOT NAD KUKUŁCZYM GNIAZDEM | reżyseria: Miloš Forman | dystrybucja: Galapagos

Wideo według Bacha i Mozarta

Animowane miniatury filmowe mogą być kapitalnym dopełnieniem muzyki klasycznej. Jeśli nie wierzycie, sięgnijcie po wydawnictwo z czterema płytami DVD z produkcjami tego typu. Pomysł na filmiki był bardzo prosty. Animatorzy brali na warsztat filharmoniczne oraz operowe evergreeny w świetnym wykonaniu (m. in. Duczmal, Maksymiuk, Wiłkomirska i inni) i wymyślali ich autorską interpretację. Dało to znakomite efekty. W boksie mamy m.in. inspirowany malarstwem Witolda Wojtkiewicza teledysk do „Adagia cantabile” Albinoniego, zrealizowany przez Tamarę Sorbian. Filmik ilustrujący „Toccatę d-moll” Bacha jest z kolei wyrazem fascynacji jego twórcy, Piotra Musialskiego, architekturą gotyckich katedr. W zestawie dominują klipy rysunkowe. Większość z tych filmów powstała na początku lat 90. TVP dbała wtedy o melomanów.

MINIATURY FILMOWE DO MUZYKI KLASYCZNEJ | dystrybucja: TVP 

Jason Bourne w Iraku

Nazwisko byłego agenta CIA z książek Roberta Ludluma bije z okładki DVD „Green Zone”. Powtarzają się też nazwiska, które figurowały w najlepszych częściach filmowych historii o Bournie – reżyser Paul Greengrass i aktor Matt Damon. Nie ma tu jednak nie ma Historii rodem z Bourne’a . Damon gra w „Green Zone” Roya Millera, dowódcę oddziału poszukującego broni chemicznej, zaraz po ataku USA na Irak w 2003 roku. Miller szybko odkrywa, że broni nie ma, a całą akcję wymyślono, by usprawiedliwić atak. Scenariusz filmu nie jest niespodzianką, jako że zbliża się do prawdziwej historii. Niespodzianką nie jest też – zwłaszcza po „Bourne’ach” i „Krwawej niedzieli” – że Greengrass potrafi dynamicznie poprowadzić i sfilmować akcję, a także znakomicie dobrać aktorów. Efekt? Solidny thriller, ni mniej, ni więcej.

GREEN ZONE | Francja, Hiszpania, USA, Wielka Brytania 2010 | reżyseria Paul Greengrass | dystrybucja: TiM Film Studio