Jak w ciągu tej dekady zmieniło się kino z Ameryki Łacińskiej?

Piotr Kobus: Szczęśliwie ruszyliśmy z festiwalem w czasie, gdy kino latynoamerykańskie z dużą energią weszło na zupełnie nowy poziom. Rok 2000, 2001 to był okres, kiedy po dwóch dekadach zapaści, tamtejsze kino eksplodowało. Rozpoczęliśmy więc tę imprezę równolegle z odrodzeniem kina latynoamerykańskiego. Myślę, że od tego czasu Latynosi trzymają pewien stały, dosyć wysoki poziom. To przebiega różnymi fazami - z roku na rok poszczególne kraje mają mniej lub bardziej udane propozycje. Argentyna jest takim interesującym przykładem, gdzie w zeszłym roku zapanowała olbrzymia euforia, bo mieli aż dwa filmy w konkursie canneńskim („La Mujer Sin Cabeza” Lucretii Martel i „Leonera” Pablo Trapero), a także kilka w sekcjach pozakonkursowych. Szybko sobie policzyli, że po Francji są największą kinematografią. A w tym roku nie mają nic, więc wpadają w czarną rozpacz, chcą wyrzucać dotychczasowych szefów instytucji filmowych. Abstrahując od takich doraźnych wahań, to kino Ameryki Łacińskiej ma swoich autorów, którzy są oczekiwani - często z pokolenia, które debiutowało w 2000 roku, cały czas pojawiają się też nowi twórcy, jak choćby Chilijczyk Sebastian Silva, którego film „Służąca” (La nana) wygrał festiwal w Sundance, teraz będziemy pokazywać go na festiwalu, a w lipcu wprowadzimy do kin.

Wracając do Argentyny - większość filmów na festiwalu to właśnie produkcje z tego kraju. To najsilniejsza w tej chwili kinematografia latynoamerykańska?

Chyba nie poważyłbym się aż na takie stwierdzenie. Równie silne co Argentyna są też Brazylia i Meksyk. Z różym szczęściem w różnych latach, ale zawsze pojawiało się to, co najważniejsze. Kino brazylijskie jest najbardziej osobne, najbardziej egzotyczne z punktu widzenia Europy. W Brazylii dzieje się bardzo dużo, znaczna część filmów w ogóle do nas nie dociera, dlatego, że jest to kraj samowystarczalny. Można z powodzeniem produkować filmy tylko dla Brazylijczykow, w obiegu zakmniętym. Oni nie potrzebują świata. W Meksyku istnieje potężna kinematografia, prężnie rozwija się produkcja komercyjna. Kino argentyńskie osobiście uważam z najbardziej wyrafinowane, najbardziej autorskie. Być może właśnie dlatego tak duża reprezentacja pojawia się u nas na „Latynosach”.

Jakie filmy z Argentyny mógłbyś polecić w tym roku?

Mamy aż trzy filmy debiutantów. „Skradziony chłopak” to czarno-biały, stylizowany na nową falę film erudycyjny. Opowiada o młodzieży z wysokich warstw, ale nie super bogaczy, tylko z wykształconych, inteligenckich rodzin, którzy od dziecka pływają w literaturze, w muzyce. Są erudytami, co niekoniecznie przekłada się na ich dojrzałość emocjonalną, na moralność. Drugi film - „Paranoicy” - to bezpretensjonalna historia o młodych ludziach z bardzo fajnym scenariuszem. Jest to trójąt (dwóch chłopaków i dziewczyna). Jeden z nich mieszka w Hiszanii, gdzie odnosi sukcesy. Jest autorem komediowego serialu o paranoiku, fajtłapie. Tymczasem w Buenos Aires żyje jego najlepszy kumpel z dzieciństwa - paranoik, nieudacznik, który nie zdaje sobie sprawy, że stał się pierwowzorem serialowego bohatera i że pół Hiszpanii śmieje się z postaci, która jest całkowicie jego kalką. A „S.O.S. EX” to film, który też pokazuje bardzo wiarygodne portrety młodych ludzi - coś, czego w polskim kinie nie ma. Jestem zdziwiony, że w Argentynie co roku powstaje kilka filmów, które robią 30-letni reżyserzy o młodych ludziach i ogląda się to bez poczucia fałszu. U nas podobnych historii nie ma za dużo, a jak już się trafi, to nie jest zbyt udane. I to w kinie argentyńskim mnie fascynuje - realistyczne, przejmujące opowieści o prawdziwych ludzich - bliskich mi pokoleniowo, kulturowo.

Zostawiając Argentynę, jestem bardzo ciekawa filmu „Podróż”, bo zdaje się, że po raz pierwszy w Polsce zostanie pokazany film z Kostaryki.

Bardzo prawdopodobne. Jest to naprawdę fajne kino, ale uprzedzam, że nie jest to film nieskazitelny, perfekcyjnie wyprodukowany. On momentami jest naiwny, improwizujący, jak to często bywa w przypadku małych, niedojrzałych kinematografii. Poza tym historia jest bardzo przejmująca i szczera.

Warto też powiedzieć o brazylijskim filmie „Limite” z 1931 roku.

Tutaj mamy do czynienia z kompletnym arcydziełem, takim, które dziś oglądane - zadziwia. To film, który wówczas był zupełenie z kosmosu. Bardzo interesujący jest fakt, że film powstał w 1931 roku. To jeden z ostatnich filmów niemych na świecie, bo pierwszy film dźwiękowy powstał w 1928 roku w Stanach, gdzie właściwie do końca lat 20. kina niemego już nie było, w pozostałych częściach świata też zaczęto od tego bardzo szybko odchodzić. W ciągu kilku lat coś co było wspaniale funckjonującą dziedziną sztuki - wyginęło. I „Limiite” jest arcydziełem tego ostatniego okresu kina niemego, jednym z najlepszych jego osiągnięć. To bardzo nowoczesny pod względem formy i idei film. To kino eksperymentalne, które operuje metaforą, symbolem, obrazem. Jest niesamowicie wyrafinownay. Dla każdego, kto interesuje się kinem niemym, jest to mega gratka. Był ambitny plan, by pokazać go z muzyką na żywo, bo ścieżka dźwiękowa, do której został zmontowany, jest znakomita: Strawiński, Debussy, Sati. Przerosło nas to jednak. Okazało się, że aby zorganizować taką projekcję potrzeba 60 tys. zł, co jest dla mnie - szczególnie w tym roku - masakryczne.

Mógłbyś powiedzieć jeszcze dwa słowa o dokumentach Santiago Alvareza, którego potężny dorobek będzie pokazany?

Facet nakręcił trochę w życiu, nie mówiąc już o tym, co powstało pod jego kierowictwem. On tak naprawdę odpowiadał za kubańskie kroniki, a jak wiadomo kino i kino dokumetalne w wielu sytaucjach ma bardzo duże znaczenie nie tylko artystyczno-rozrywkowe. Jestem zafascynownay twórczością Alvareza od lat. Nie za bardzo miałem pomysł jak go w Polsce pokazać. Nie jestem przekonany czy ludzi to obchodzi. Moje osobiste zdanie na temat Polski jest takie, że teraz mało kogo z młodego, myślącego pokolenia, interesuje polityka, sztuka zaangażowana, sztuka, która zmaga się ze światem. Widzę, że zwłaszcza świat latynoamerykański, kino polityczne z Chin - nie znajduje podatnego gruntu.

Dla mnie jest to niezwykle ciekawe.

Liczę, że kilka podobnych osób się znajdzie. To będzie pewien test. Alvarez jest interesujący z dwóch głównych powodów. Myślę, że jest to ostatnie zjawisko w kinie światowym, które towarzyszyło takiej wielkiej rewolucji i odegrało kluczową rolę. To wielka postać w historii świata nie tyle kinematografii, co polityki. Rewolucja kubańska zdefiniowała Amerykę Łacińską na wiele dekad. Alvarez to artysta niespotykany. Jego filmy nie są prostacką propagandą, to taki Gabinet doktora Caligari - muzyka, animacja, kolaże. Alvarez potraktował język filmowy kompleksowo. W „79 wiosnach” pokazał pogrzeb i żałobę po Ho Chi Minhie w Wietnamie, podkładając pod to energetyczną, jazzującą muzykę. Film „Now!”, jak mówią niektórzy, jest pierwszym teledyskiem w historii. Obrazy segregacji rasowej, protesty w latach 60. w Stanach zostały zilustrowane piosenką Leny Horne „Now is the moment”.

Kto będzie gościł na Cine Forum?

Wojciech Osowski, dziennikarz radiowej Trójki, opowie o Viniciusu de Moraesie w związku z pokazem dokumentu o nim. Poza tym będzie ks. Andrzej Luter przy okazji filmu „Szatan”. To bardzo dobry film kolumbijski. O tym gdzie tak naprawdę zło siedzi w człowieku. Kolumbia - kraj o ogromnej skali przemocy, a przy tym ultrakatolicki, taki w którym religia katolicka odegrała decydującą rolę, najpierw represjonu∆ąc wszystko inne, a potem zadomowiając się na latynoski sposób. A propos Alvareza w Labie będzie cały cykl spotkań, które poprowadzi młody filmoznawca z Krakowa Jakub Majmurek. On zaprosi też swoich gości, zajmujących się polityką, sztuką, Ameryką Łacińską.

Szczegółowy program festiwalu na www.manana.pl

p