Twórcy, którzy z panem pracowali, wspominają, że bardzo utożsamia się pan z graną postacią. Jak pracujący w ten sposób aktor przygotowuje się do roli mordercy-szaleńca? Clovis Cornillac: Cóż, nie mogłem nikogo zamordować... (śmiech). To prawda, zazwyczaj próbuję robić to, co grane przeze mnie postaci. Ale nie znaczy to, że pracuję nad rolą, odnosząc ją wyłącznie do rzeczywistości. Wczucie się, dotknięcie świata bohatera sztuki czy filmu to praca przede wszystkim wyobraźni. To ona jest przede wszystkim narzędziem pracy aktora, bo w kinie, podobnie jak w literaturze, wcale nie chodzi o odbicie rzeczywistości.

No tak, ale jak realistycznie stworzyć bohatera, który jest wcielonym złem?
Próbowałem pokazać rany w sercu tego człowieka, które uczyniły z niego potwora. Najbardziej przeraża mnie pokazanie zła z ludzką twarzą i liczyłem na to, że podobnie myślą widzowie. Im więcej odczuwasz empatii w stosunku do kogoś okrutnego, tym mniej komfortowo czujesz się w swojej skórze.

Jakoś trudno wykrzesać z siebie empatię w stosunku do faceta, który rozmawia na cmentarzu ze swoją zabalsamowaną matką, a potem idzie torturować dzieci...
No tak, nawet mnie trudno było zrozumieć jego relacje z matką. Ale weźmy na przykład scenę, w której mój bohater opowiada, że jako dziecko został porzucony w ciemnej, opuszczonej fabryce. Kiedy czytałem ten fragment scenariusza, miałem ściśnięte gardło. Z tym małym chłopcem, któremu stała się krzywda, potrafiłem się utożsamić i kiedy grałem sceny rozmów z trupem matki, cały czas myślałem o tamtym zranionym dzieciaku.

Prasa francuska pisze o panu jako o Danielu Day-Lewisie znad Sekwany. Zgodzi się pan z tym porównaniem?
To świetny aktor, więc dziękuję za komplement. Pewnie chodzi o metodę pracy, silne współodczuwanie z postacią, o którym wcześniej wspominaliśmy. Ale żeby się jakoś odnieść do tego porównania, musiałbym popracować z Danielem Day-Lewisem. Chybabym nawet tego chciał.

Na początku swojej kariery grał pan u Petera Brooka. To chyba jedno z takich spotkań, które kształtują aktora?
Występując u niego, dowiedziałem się przede wszystkim czegoś o sobie. Zrozumiałem, że to, co mnie motywuje, pcha dalej w życiu, to moja praca. Udział w połowie lat 80. w wielogodzinnej "Mahabharacie" Brooka uświadomił mi, że teatr, aktorstwo to dużo więcej niż sukces i popularność. Wtedy poznałem świetnych polskich aktorów: Andrzeja Seweryna i nieżyjącego już Ryszarda Cieślaka, współpracownika uwielbianego przeze mnie Jerzego Grotowskiego. Oni dobrze czuli, czym jest misterium teatru. Myślę, że każdy aktor powinien mieć szansę przejść przez taką szkołę zawodu.

Miał pan też okazję poznać innych polskich aktorów i odwiedzić Polskę.
Na początku lat 90. odwiedziłem Warszawę, pracując nad serialem telewizyjnym "Powodzenia, Frenchie". To lekka rzecz o przygodach młodego Alzatczyka, który w czasie wojny był tłumaczem w armii niemieckiej, a tuż po kapitulacji III Rzeszy wpakował się w niezłe problemy.

Pracę w teatrze zaczynał pan jako dziecko.
Miałem 14 lat, kiedy zdecydowałem się dołączyć do trupy teatru ulicznego. Ale to nie była ucieczka od problemów w domu, czułem się bardzo dojrzałym nastolatkiem i odkąd sięgam pamięcią, moim dziecięcym marzeniem było dorosnąć. Najpierw złapałem pracę jako kelner w kafejce. Potem matka pozwoliła mi zatrudnić się w teatrze. Rok później ktoś wypatrzył mnie w ulicznym przedstawieniu i zaproponował rolę w filmie. Mam zaledwie czterdziestkę i już 24 lata stażu w zawodzie. Ale zawsze czułem się, jakbym w nim był, oboje rodzice są aktorami i wiedziałem, jaki on jest.

Jak pan się odnalazł w komercyjnej roli Asteriksa? Nie bał się pan porównań z poprzednim odtwórcą tej roli, do którego widzowie zdążyli się przyzwyczaić?
Rola Asteriksa nie należy do jednego wykonawcy, więc nie miałem żadnego problemu z wcieleniem się w niego po tym, jak dwa razy zrobił to Christian Clavier. Ostatnie 17 lat spędziłem w teatrze, gdzie takie sytuacje są na początku dziennym. Gdyby rola była przypisana do aktora, który ją pierwszy wykonał, od stuleci nie gralibyśmy "Hamleta".

Granie w kinie dla dzieci to rodzaj aktorskich wakacji?
O nie, granie Asteriksa to większe wyzwanie niż teatr. Na scenie aktor jest dużo bezpieczniejszy niż w filmie, dosłownie. Tymczasem na planie "Asteriksa" kazali mi grać z końmi, których śmiertelnie się boję. Wszyscy mówili, że zwierzęta są łagodne i będzie dobrze. Gdy tylko zaczęliśmy kręcić, one wyczuły mój strach i ruszyły jak szalone. Zupełnie jakby były w transie i chciały popełnić zbiorowe samobójstwo. Ich treser zatrzymał je parę metrów przed ścianą i uratował mnie od zamienienia się w mokrą plamę.

Rzeczywiście, to dla pana niebezpieczny sport. W filmie "W skórze węża" próbuje pan zabić Olgę Kurylenko, nową dziewczynę Bonda. Nie boi się pan zemsty agenta 007?
Na pewno mi nie odpuści.