Tytuł filmu "Pora umierać" bardzo się pani podoba...
Danuta Szaflarska: ... ponieważ jest adekwatny do mojego wieku. Nie musi oznaczać, że moja bohaterka wybiera się na tamten świat. Jest to porzekadło, które Aniela wypowiada w dramatycznym momencie, kiedy dowiaduje się o zdradzie syna. "Pora umierać" nie jest filmem ani o umieraniu, ani o śmierci. To opowieść o zmaganiu się z życiem pod koniec życia, historią dzielnej kobiety, która walczy o dom dla swojej rodziny. Jest twarda, podniesie się nawet po ciosie zadanym przez najbliższego. Dopełni aktu sprawiedliwości i dopiero wtedy będzie mogła umrzeć.

Dorota Kędzierzawska napisała ten scenariusz specjalnie dla pani?
Wystąpiłam wcześniej w dwóch filmach Doroty: "Diabły, diabły" i "Nic". Jeszcze zanim spotkałyśmy się na planie pierwszego z nich, dostałam scenariusz i list, w którym reżyserka przyznała, że postać Wiedźmy pisała z myślą o mnie. Potem zagrałam Jędzę w "Nic" i dowiedziałam się, że Dorota chce napisać dla mnie scenariusz. Kiedyś poznała historię starszej pani, która toczyła walkę o swój stary dom. To był punkt wyjścia, a dom jest równorzędnym bohaterem tej opowieści.

Co łączy panią z bohaterką?
Optymizm, poczucie humoru jako broń przed światem. Jestem niezależna i samodzielna. W moim życiu wszystko osiągnęłam własną pracą. Jak każdy miewam momenty wahania i załamania, ale trwają one krótko. Nigdy nie poddaję się losowi, zapewne dlatego tak długo żyję. To wszystko łączy mnie z Anielą. Poza tym obie uwielbiamy zabawę na huśtawkach.

Czy podobne usposobienie Danuty Szaflarskiej i filmowej postaci pomagało w pracy?
Mój zawód polega na tym, że w zależności od roli muszę się zmieniać jako człowiek. To nie ma dla mnie nigdy żadnego znaczenia.

Forma scenariusza jest zbliżona do monodramu, to studium kobiety samotnej.
Aniela zabija tę samotność podglądaniem sąsiadów, czekaniem na telefon od syna. Pies jest jej najwierniejszym towarzyszem i obrońcą, który na zwierzęcy sposób kocha swoją panią. Jego miłość musi Anieli wystarczyć, poza nim chyba nikt jej nie kocha. Syn ma niechętny stosunek do matki, mówi: "Całe życie mną dyrygowała. Dosyć tego". Może Aniela była despotką? Z kolei wnuczka jest materialistką, w rozmowie z babcią wykazuje zainteresowanie tylko jej pierścionkiem.

Aniela musi u kresu życia zmierzyć się ze swoją przeszłością i teraźniejszością. Jak wypada bilans?
Niewiele wiemy o tej przeszłości, poznajemy tylko ostatni rozdział. W dramatycznym monologu Aniela pyta, dlaczego Pan Bóg ją tak doświadcza. Czy dobrze wychowała syna? Przypomina sobie moment jego narodzin. To jest ból matki. Uczuciowo Aniela przegrywa, ale podejmując decyzję o przepisaniu swojego domu dla dzieci z sierocińca - coś w życiu wygrywa. To jest, oczywiście, pyrrusowe zwycięstwo.

Najważniejszym środkiem wyrazu w filmie jest pani twarz.
Moje oczy mówią, czy jestem smutna, czy się cieszę. Moja twarz wyraża to, co czuję i myślę. To jest ze mnie i nie ma nic wspólnego z aktorską techniką.

Krytycy uważają, że stworzyła pani najlepszą rolę filmową w karierze.
Też tak sądzę. Oczywiście grałam role, które sobie ceniłam, jak Wiedźmę w "Diabły, diabły" Doroty Kędzierzawskiej i Doktorową w "Pożegnaniu z Marią" Filipa Zylbera. Bardzo lubiłam role w filmach Jana Rybkowskiego: Hrabinę Krystynę w "Warszawskiej premierze" i Włoszkę w "Dziś w nocy umrze miasto". Ich reżyser był kolegą ze studiów, dobrze znał i potrafił ocenić moje możliwości.

Od wielu lat pragnie pani zagrać Lili, bohaterkę filmu, do którego scenariusz napisał Jacek Bławut.
To piękna historia, której akcja toczy się w domu emerytowanego aktora. Scenariusz został napisany dla Leona Niemczyka, reżyser zbierał ponad dziesięć lat pieniądze na jego realizację. Większość pierwotnie obsadzonych aktorów nie doczekała pierwszego klapsa. Po śmierci Niemczyka Bławut zmienił scenariusz i tytuł filmu. W "Entree" nie zagram Lili, ale Barbarę, staruszkę, którą łączy silna więź uczuciowa z wiekowym mężem. Zdjęcia zaczynamy 24 października.

W ubiegłym roku minęło 60 lat od pani debiutu w pierwszym powojennym obrazie Leonarda Buczkowskiego "Zakazane piosenki". Co od tamtej pory zmieniło się w pracy w filmie?
Zupełnie inaczej wygląda dziś praca reżysera, operatora, inne panują warunki na planie. Po wojnie brakowało dosłownie wszystkiego. W 1946 roku operator kręcił film z jednej kamery, nie dostał nawet profesjonalnego wózka. Pewnego dnia usłyszałam, jak elektryk woła: "Zapal Danutę!". Reflektorom nadawano imiona na cześć wykonawców. Atmosfera była wspaniała, pracowała przedwojenna ekipa fachowców, którzy szanowali aktorów. Wszystko zmieniło się w latach 50., kiedy podczas kręcenia "Warszawskiej premiery" elektrycy oświetlali ściany i oświadczali, że aktor w filmie nie jest ważny. Dziś ekipa ma znów klasę i do tego dysponuje fenomenalnym zapleczem technicznym. A moja praca w filmie jest ciekawsza, ponieważ wybieram o wiele lepsze scenariusze. Trochę się nauczyłam przez te wszystkie lata.