W najnowszej produkcji Jerry'ego Bruckheimera (tego od "Piratów z Karaibów" i "Księcia Persji") Nicolas Cage wciela się w postać współczesnego mistrza magii. Balthazar nauki pobierał kiedyś u samego Merlina. Teraz próbuje chronić Manhattan przed siłami zła i demonicznym Maximem Horvathem (Alfred Molina), z którym ma niezałatwione rachunki.

Przed wiekami uwięził złą Morganę, też wyjętą z arturiańskiej mitologii. Aby ją doszczętnie zniszczyć, musi znaleźć wybrańca. Znajduje go w Nowym Jorku, w osobie szkolnego fajtłapy Dave’a. Kontakt z magią kończy się tragedią. Dave uwalnia potężnego sługę Morgany Horvatha, a przy okazji kompromituje się przed szkolną miłością. Po 10 latach już jako student Dave znowu spotyka Becky, Horvath znów wymyka się z pułapki, a Blake żąda pomocy w uratowaniu świata...

Inspiracją do napisania scenariusza "Ucznia czarnoksiężnika" stała się klasyczna Disneyowska "Fantazja" z 1940 roku. W oryginale Myszka Miki w rytm muzyki poważnej rozpętuje magiczne pandemonium przy użyciu domowych sprzętów i dopiero interwencja czarodzieja (a zarazem nauczyciela, sympatycznego gryzonia) jest w stanie zażegnać kryzys. Opisana powyżej scena trafiła również do filmu Jona Turteltauba. Myszkę Miki zastępuje tu Jay Baruchel, zaś czarnoksiężnika tradycyjnie już sterany życiem Nicolas Cage. 

Jak na filmowe dziecko Bruckheimera przystało, ma "Uczeń czarnoksiężnika" imponujący budżet (150 milionów dolarów), zestaw efektownych zwrotów akcji i gwiazdorską obsadę. A do tego trochę staroświeckiej trochę magii. Ot, kawałek rozrywkowego kina.