Fabuła popularnej gry komputerowej FPS (gracz steruje postacią patrząc na rozwój wydarzeń z jej perspektywy) powstałej przed trzema laty w niemieckim Frytek Sudios będzie kanwą filmu kinowego Uwe Bolla. W roli głównej wystąpi Til Schweiger. Gwiazdor zagra Jacka Cravena zaplątanego wbrew swojej woli w intrygę, od której zależą losy ludzkości.

"Jestem szczęśliwy, że będę miał okazję pracować z jednym z najlepszych niemieckich aktorów. Trzy filmy Tila znajdują się w pierwszej pięćdziesiątce niemieckiego box office’u wszechczasów" - cieszy się reżyser. Zdjęcia ruszą 13 czerwca w Vancouver. Film produkuje studio Brightlight Pictures, z którym Boll współpracował przy swoich wcześniejszych ekranizacjach gier.

Dla Tilmana Valentina Schweigera będzie to kolejna rola, która umocni jego emploi. Urodzony we Freiburgu gwiazdor zasłynął z ról twardych facetów. Jedną ze swoich najlepszych kreacji stworzył w "Bandycie" (1997) Macieja Dejczera, gdzie brawurowo zagrał Ruteckiego, Anglika polskiego pochodzenia, recydywistę zesłanego w ramach resocjalizacji do szpitala dziecięcego w Rumunii. Za tę rolę dostał nagrodę na festiwalu w Gdyni.

44-letni Schweiger jest jedynym współczesnym aktorem niemieckim, który zrobił karierę w Hollywood. Wystąpił m.in. w takich hitach, jak "Wyścig" Sylwestra Stallone’a i "Lara Croft Tomb Raider: Kolebka życia" Jana De Bonta. Co ciekawe, w obawie przed utratą wizerunku odrzucił propozycję angażu do "Szeregowca Ryana". Steven Spielberg proponował mu rolę niemieckiego żołnierza, który zabija głównego bohatera granego przez Toma Hanksa.

W międzyczasie Schweiger wraz z przyjaciółmi założył wytwórnię filmową, w której wyprodukował popularną komedię "Pukając do nieba bram" Thomasa Jahna. Sam też stanął za kamerą. Wyreżyserował w Niemczech dwie fabuły, ale bez sukcesu.

Inaczej przedstawia się twórcza biografia Uwe Bolla, który zrobił karierę, ale w niestandardowym znaczeniu tego słowa. 42-letni filmowiec uznawany jest za najgorszego reżysera świata. Jego artystyczne CV przypomina baśń o królu Midasie a rebours. Każde filmowe przedsięwzięcie, w którym maczał palce,
kończyło się spektakularną klapą. Ten doktor literatury rodem z Wermelskirchen zamiast studiować Goethego, uparł się, że będzie ekranizował gry komputerowe.

Założył firmę Boll KG, ze środków której sponsoruje swoje projekty. Niestety, cały dorobek Bolla w tej dziedzinie okupuje miejsca w rankingu stu najgorszych filmów wszech czasów ułożonym przez internautów w serwisie IMDB. Niemiecki reżyser za każdym razem wykłada się na tym samym. Najkrócej mówiąc, w swoich adaptacjach próbuje podkręcić fabułę gier typu survival horror (główny bohater jest zdany na siebie, słabo uzbrojony, inne postacie są ledwie zarysowane), dość wątłą z filmowego punktu widzenia. Za nic ma literę oryginału i samotników walczących ze złem wyposaża w arsenały i zastępy uzbrojonych po zęby pomagierów. Wychodzi z tego niestrawne łubu-du, które jest przedmiotem wielu parodii i żartów krążących w serwisie Youtube.

Uwe Boll nie traci jednak rezonu. W czerwcu ubiegłego roku wyzwał swoich krytyków na pojedynek bokserski, który miał się odbyć na planie filmu "Postal". Oponenci nie skorzystali z zaproszenia do bijatyki, co reżyser uznał za swój triumf i zabrał się do pracy nad "Far Cry". Co ciekawe, zapowiedź nowego filmu entuzjastycznie przyjęli przeciwnicy Bolla. Przypomnieli, że wszystkie jego poprzednie ekranizacje gier przyniosły ogromne straty. Największe wygenerował „BloodRane” – obraz kosztował 25 milionów dolarów, a zarobił zaledwie niespełna 2,5 miliona. Oponenci liczą, że "Far Cry" doprowadzi Bolla do plajty i pozbawi go środków na jego absurdalne pomysły.