Mogłaby być pani szpiegiem?

(śmiech!) Nie wiem... Spotkałam się z prawdziwym asem wywiadu i doszłam do wniosku, że w tym fachu człowiek nigdy nie może spokojnie przejść na emeryturę, bo zawsze będzie znał jakieś sekrety. Z drugiej strony kocham tajemnice, niedopowiedzenia i czasami umiem nieźle kłamać. Kiedy ktoś mnie pyta, czy widziałam jakiś jego film, nie potrafię przyznać się do tego, że go nie znam. Skłamałam nawet Kieślowskiemu. Jednak zanim skończyliśmy zdjęcia do "Niebieskiego", naprawdę obejrzałam wszystkie wcześniejsze filmy Krzysztofa.

Nowa rola zaskoczy wielu pani fanów. Dlaczego zgodziła się pani zagrać tajną agentkę w thrillerze "Kilka dni września"?

Ten wybór koresponduje z moimi własnymi lękami i niepokojami dotyczącymi postaw ludzi w Ameryce i w Europie przed atakami terrorystycznymi z 11 września i po nich. Prawda, którą poznaliśmy później, była prawdziwym szokiem. Długo nie mogłam pogodzić się ze świadomością, że niektórzy ludzie z amerykańskiego wywiadu wiedzieli, że coś złego się wydarzy, a mimo to ignorowali sytuację albo - co gorsza - zbijali giełdowe zyski na przeciekach z tajnych źródeł CIA. To nie był przypadek, że niektóre indeksy na Wall Street na początku września 2001 spadły aż o 25 procent. Dlaczego nikt na to nie zareagował, a później długo ukrywano tę sprawę? To hipokryzja i cynizm.

Może powinna pani zostać politykiem?

Nie mam takiego zamiaru. Jestem natomiast człowiekiem nieobojętnym na to, co dotyka innych ludzi, interesują mnie ich problemy, emocje, radości, cierpienia i strach. Aktor żyje w określonym świecie i realiach, czerpie z nich inspiracje. Nie może udawać, że nie obchodzi go życie poza planem filmowym lub sceną. Jeśli chce być wiarygodny w tym, co robi, to musi jak najwięcej czuć, dostrzegać, doświadczać, rozumieć...

Zgoda, ale pani zaangażowanie, reagowanie na to, co się dzieje na świecie, nie powstrzyma biegu wydarzeń.

Nie jest tak, że od jednego człowieka nic nie zależy. To tylko wygodne wytłumaczenie dla naszej obojętności, przyzwolenie na zło i głupotę, za które nie muszę czuć się odpowiedzialna. To bardzo ważne, by zdawać sobie sprawę z tego, że każda nasza myśl, działanie, słowo wywiera wpływ na otaczającą nas rzeczywistość. Kiedy kręciłam "Ukryte" z Michaelem Haneke, to uświadomiłam sobie, że ja też ponoszę winę za to, że we własnym kraju czuję się zagrożona terroryzmem. Ten film boleśnie obnażył głęboko skrywane pod konwencją poprawności politycznej i powierzchownej tolerancji antagonizmy narodowościowe Francuzów. Czuję się dziś jako biała obywatelka francuska odpowiedzialna za masakrę Algierczyków w Paryżu w 1961 roku, chociaż nie było mnie wtedy jeszcze na świecie.

Czy poczucie winy wystarczy, by zadośćuczynić Algierczykom?

Nie, ale ta świadomość zmotywowała mnie do podróży do Algierii. Pojechałam tam wraz z grupą francuskich dokumentalistów na obchody 40. rocznicy uzyskania niepodległości przez ten kraj i zdobyłam się na publiczny gest przeproszenia. Urodziłam się w uprzywilejowanym świecie i powiedziałam, że wstydzę się za francuskich generałów, którzy stosowali tortury wobec Algierczyków. Publiczne przyznanie się do winy, spojrzenie w oczy swojej ofierze i przeproszenie jej z jednej strony oraz zdolność do wybaczenia z drugiej, to bardzo trudna próba naszego człowieczeństwa, ale jedyna zarazem możliwość wzajemnego oczyszczenia się i kontynuowania życia.

Poszukiwanie prawdy jest najbardziej charakterystyczną cechą pani aktorstwa. I wiarygodność postaci, które pani kreuje.

Właściwie wszystkie moje bohaterki odbywają jakąś drogę. Dokonuje się w nich głęboka, wewnętrzna przemiana. Kiedy na długo przed zdjęciami do filmu Abla Ferrary "Maria" o Marii Magdalenie wertowałam teksty apokryficzne i ewangelie, zafascynował mnie niesamowity głód wiedzy tej kobiety, jej nieustające zadawanie pytań i poszukiwanie odpowiedzi. Dążenie do prawdy. Ja także w swoim życiu miałam okresy poszukiwań. Towarzyszyły temu zwątpienie i rozpacz. Dziś wiem, że trzeba przez to wszystko przejść, bo to nas wzmacnia, wyostrza wrażliwość i sprawia, że jesteśmy bardziej świadomi siebie.

Pojechała pani z pielgrzymką do Jerozolimy w ramach przygotowań do tego filmu. W ogóle słynie pani z wypraw do miejsc, które mają związek z pani postaciami filmowymi.

Podróż do Ziemi Świętej była dla mnie podróżą po wiarę. We Francji poza chodzeniem na msze, co z czasem stało się rutyną i obowiązkiem, nie doświadczyłam żadnych religijnych uniesień. Kiedy przygotowywałam się do roli emigrantki bośniackiej w "Rozstaniach i powrotach", pojechałam do Sarajewa. Chciałam porozmawiać z kobietami, które przeżyły wojenna traumę i zostały zmuszone do emigracji. W ogóle ten temat jest mi bliski. Moja babcia była Polką i w czasie II wojny światowej wyemigrowała z dziadkiem do Francji. Często myślałam, jak to jest, kiedy człowiek musi w jednej chwili zostawić całe swoje życie, pracę, nawyki, przyjaciół, język i rozpocząć wszystko od zera w obcym kraju.

Po co pojechała pani aż do Iranu?

Zaprosił mnie tam reżyser Abbas Kiarostami. Pomyślałam, że zanim podejmiemy jakąś współpracę, powinnam poznać ten kraj. Jednak nie przez media, które kształtują wypaczony obraz współczesnych Irańczyków. Ulegając im, myślałam, że jest to kraj wrogi, nieprzyjazny Europejczykom, kompletnie hermetyczny. Tymczasem zdumiała mnie gościnność tych ludzi, ich serdeczność. Byłam w wielu domach, starałam się jak najwięcej zrozumieć, nikogo i niczego nie oceniając z góry. Świat w którym żyjemy, jest dziś bardzo podzielony i skomplikowany, a ludzie w nim żyjący to dopiero zagadka. Aktor musi zdawać sobie sprawę z tej złożoności. Po to właśnie potrzebne mi są takie podróże i spotkania z ludźmi. To zdumiewające, że dzielenie się myślami i uczuciami z ludźmi z innych niż nasz kręgów kulturowych i cywilizacyjnych staje się jakąś abstrakcją. Tymczasem to bardzo człowieka rozwija, pozwala głębiej spojrzeć na różne problemy.

To dlatego Irena, pani bohaterka z filmu "Kilka dni września", często zdejmuje okulary, by napawać się nieostrością świata?

Tak, to bardzo czytelna metafora tego skomplikowania, o jakim mówię. Ludzkie postawy i wartości są wieloznaczne, nie ma jednego podziału na czerń i biel. Uparte trzymanie się jednego wzorca postępowania jest niebezpieczną pułapką. Czasem dobrze jest zdjąć okulary i zawierzyć zmysłom słuchu, węchu, dotyku i podszeptom intuicji.

W swoich artystycznych wyborach też kieruje się pani nieszablonowym podejściem.

Niedawno skończyłam zdjęcia do filmu "A la recherche du ballon rouge" tajwańskiego reżysera Hou Hsiao-hsien. Fantastyczne było to, że na planie nie wiedziałam, kiedy kamera była włączona i w związku z tym, jak mam się zachowywać w danej chwili. Nie mieliśmy nawet spisanych tekstów ról. Kompletna improwizacja. Bardzo mi się to przydało, odświeżyło moje środki aktorskie.

A jak wspomina pani współpracę z Krzysztofem Kieślowskim. Zagrała pani w "Niebieskim" oraz epizody w "Białym" i "Czerwonym".

"Niebieski" to był jeden z najważniejszych etapów mojej aktorskiej drogi i najbardziej chyba intymny film, jaki zrobiłam. Strasznie chciałam zagrać u Kieślowskiego. Do tego stopnia, że zrezygnowałam z roli w "Parku Jurajskim" Spielberga. I wiem, że to był dobry wybór. Powalił mnie scenariusz. Kieślowski wydawał mi się człowiekiem z innego świata. Nikt do tej pory nie okazał mi na planie tyle życzliwości i ciepła co on. Wzruszyła mnie na przykład jego troska o to, bym się nie zraniła w scenie, w której z rozpaczy po śmierci męża i dziecka rozdrapuję paznokciami i dłońmi ścianę w mieszkaniu. Pamiętam też taki epizod, w którym Kieślowski wymyślił, bym nago weszła do pokoju. Powiedziałam mu wtedy, że będę się potem musiała tłumaczyć przed dziennikarzami z tej sceny i że jest to dla mnie niekomfortowa sytuacja. Przez chwilę pomyślał i oświadczył, że mam rację. Ta nagość nie jest niezbędna.

Dostała pani Oscara, ma uwielbienie widzów i dobre notowania wśród krytyków. Dobrze pani zarabia i jest sławna. Czy jest pani gwiazdą?

(śmiech) Gwiazda ma chyba inne podejście do tego zawodu niż ja. Dla mnie to nigdy nie było zajęcie łatwe i przyjemne. Od początku zdawałam sobie sprawę, że trzeba być gotowym na wiele wyrzeczeń, na całkowite oddanie się roli. Za tym kryją się nieprzespane noce i żmudne przygotowania. Na szczęście ja to robię z pasją. Pewnie dlatego nie umiałabym przekonująco zagrać w kinie komercyjnym. Trzymam się na dystans od Hollywood. Szkoda mi czasu na filmy, które są miałkie, nie podejmują istotnych problemów, ważnych dla mnie i innych ludzi. Poza tym nie przepadam za blichtrem czerwonych dywanów. Nie interesuje mnie sława w kolorowych pismach. Jeżeli już mam być gwiazdą, to raczej taką, która swoimi filmami pobudza do dyskusji.

A nie korci pani czasem, by porzucić aktorstwo dla malarstwa? W Częstochowie i w Łodzi w ubiegłym roku odbyły się wystawy pani prac.

Aktorstwo to praca zespołowa, natomiast w malowaniu szukam samotności. To inna forma mojej ekspresji, bardziej intymna i coraz ważniejsza. W wieku 15 lat w specjalistycznym liceum artystycznym uczyłam się jednocześnie aktorstwa i malarstwa. Chociaż ostatecznie postawiłam na kino, nadal maluję. Często sama projektuję i wykonuję plakaty do moich filmów. Dla potrzeb "Kochanków na moście", gdzie grałam malarkę, namalowałam kilkanaście olejnych obrazów. W przerwach do zdjęć do "Angielskiego pacjenta" w starym klasztorze w Toskanii także powstało kilka obrazów, które podarowałam moim przyjaciołom jako prezenty. Nie wiem... Może w jakimś momencie malarka zastąpi aktorkę. Niczego z góry nie przesądzam ani nie zakładam.