"Katyń" Andrzeja Wajdy, zrealizowany na motywach pana opowieści, jest już gotów. Czy będzie czytelny poza Polską? Dawno nie mieliśmy filmu, który trafiłby do zagranicznej widowni.

Myślę, że tak. Ale nie powinniśmy się łudzić, że sam fakt katyńskiego mordu wstrząśnie opinią Zachodu. Po zbrodniach Pol Pota, Husseina i wielu innych, nie można już oczekiwać, że zamordowanie 20 tysięcy oficerów strzałem w tył głowy okaże się dla kogokolwiek szokiem. Natomiast połączenie tej historycznej wiedzy z emocjami, jakie zapewne towarzyszyć będą śledzeniu losów bohaterów, ma szanse sprawić, że nawet zagraniczny widz zada sobie pytanie: "Jak Polakom udało się przeżyć? Jak to w ogóle było możliwe w tych warunkach?" Bo przecież z jednej strony Sowieci wymordowali nam i wrzucili do dołów katyńskich elitę, zaś z drugiej, co również jest pokazane w filmie, Niemcy wywieźli i wykończyli największych intelektualistów, np. profesorów Uniwersytetu Jagiellońskiego. A jednak przetrwaliśmy, najwyraźniej więc jesteśmy narodem obdarzonym ogromną siłą przetrwania. Myślę, że taki właśnie, optymistyczny dla nas wniosek, może wysnuć ktoś, kto zupełnie nie zna polskiej historii.

Pana opowieść nosi tytuł "Post Mortem". I taki też miał być tytuł filmu. Jak pan zareagował na jego zmianę?

Tytuł ten był od poczatku zaproponowany przez reżysera. W kontekście tego, co Wajda chciał uzyskać, mówię o kluczu do świadomości widza, powinien się sprawdzić. Jako twórca o rodowodzie dokumentalnym mam jednak nieco ambiwaletne uczucia, bo wydaje mi się, że do tego tytułu uprawniony jest film dokumentalny. Tytuł "Post Mortem" wydał się nam początkowo bardziej atrakcyjny i czytelny dla widza. Jak jednak pokazały badania zlecone przez producenta, byliśmy w błędzie, bo okazał się niezrozumiały. Trudno więc dziwić się, że dla celów promocyjnych reżyser postanowił go zmienić. W tej chwili wydaje mi się, że najlepszym wyjściem byłoby połączenie obu w jedno: "Katyń - Post Mortem".

Na ile film pozostał wierny pana książce? Pana opowieść jest bardzo kameralna, o czym przekonamy się wkrótce, gdy trafi do księgarń.

Jeśli pyta pani o samą ideę, film pozostał jej wierny w 100 procentach. A to najważniejsze. Została wspaniale zachowana równowaga między dosłownością wydarzeń historycznych a przeżyciami bohaterów, dokładniej bohaterek, bo jest to film o kobietach, które zostały ofiarami, będąc żonami, matkami, córkami polskich oficerów.

Powiedział pan, że to film o wierności.

Dla mnie przede wszystkim. O tej szeroko rozumianej wierności naszej historii, prawdzie, ale i wierności ludziom. Pracując nad scenariuszem, oparłem się na bogatej dokumentacji traktującej o tamtych, dramatycznych wydarzeniach. Jako autor literatury faktu, zawsze czynię ją bazą moich opowieści. Wajda dołączył do niej swój emocjonalny stosunek do całej historii - jak wiadomo jego ojciec był jedną z ofiar sowieckiego mordu. Właśnie dlatego ten film, w sporej mierze wykorzystujący prawdziwe zdarzenia, jest dziełem zrealizowanym przeciwko kłamstwu. I takie właśnie było nasze wspólne założenie. Ta historia nie jest oczywiście wiernym odwzorowaniem faktów, ale próbą złożenia ich z drobnych kamyczków, przykrojoną dla potrzeb rządzącej się własnymi prawami filmowej dramaturgii… Wątki mojej opowieści posłużyły reżyserowi do skonsktruowania własnej wizji. Największą siłą filmu jest chyba to, na czego pokazaniu bardzo zależało Wajdzie - uświadomienie kolejnym pokoleniom, jak niezwykłych ludzi utraciliśmy za sprawą tego mordu. Każda strata jest cierpieniem i bólem, ale tutaj dochodzi jeszcze pewna suma strat społecznych, którymi zostaliśmy naznaczeni na następne półwiecze. Dlatego to w jakimś sensie także film o umarłej klasie. Zbrodnia katyńska przetrzebiła nasz naród z najbardziej znaczącej jego warstwy - inteligencji.

Właśnie zainicjowano kampanię społeczno-edukacyjną "Pamiętam. Katyń 1940", której film stanowić ma najmocniejszy akcent.

Myślę, że to bardzo dobry pomysł, choć zupełnie nie rozumiem, dlaczego dzieje się to dopiero teraz, co najmniej o 10 lat za późno. Brak świadomości społecznej tego bolesnego doświadczenia z najnowszej historii Polski, i to nie tylko wśród młodych, jest przerażający. Tych ostatnich ja nawet rozumiem, bo przypominam sobie, że gdy miałem kilkanaście lat, to dla mnie powstanie styczniowe było równie odległe jak dla dzisiejszych licealistów Katyń. Połączenie wątków edukacyjnych z tak silnym emocjonalnie wydarzeniem, jakim będzie film Andrzeja Wajdy, wydaje się jednak idealnym sposobem na przywrócenie pamięci, a ja zawsze z satysfakcją cytuję zdanie Andrzeja Stasiuka, który napisał: "Pamięć i prawda to moja ojczyzna, to mój dom". Wszystko, co w swoim życiu napisałem, służy realizacji tej maksymy.

Chciałabym, byśmy zadali kłam teoriom, jakoby polscy twórcy wcześniej nie interesowali się tematem Katynia. Kilkanaście lat temu, wraz ze zmarłym właśnie Jerzym Janickim, napisał pan bodaj pierwszy "katyński" scenariusz dla Lwa Rywina.

To prawda, z tym, że była to obszerna nowela pod tytułem "Geco, kaliber 7,62", która miała być punktem wyjścia dla scenariusza. To było w 1992 roku. Bazowaliśmy na szalenie ciekawym materiale, jakiego dostarczył nam na życzenie producenta ówczesny zastępca Prokuratora Generalnego Stefan Śnieżko. On opowiedział nam historie, w których pojawiły się nazwiska żyjących jeszcze uczestników zbrodni. To był inny moment naszej historii, niż ten, w którym dziś się znaleźliśmy, poruszaliśmy się na całkowicie dziewiczym terenie... Tytuł noweli pochodził od marki naboju do pistoletu Walter, z którego w Katyniu zabijano polskich oficerów. Bohater noweli, który stracił ojca w Katyniu, wybrał się do Charkowa, by spojrzeć w oczy jednemu z żyjących jeszcze oprawców. Tym projektem zainteresował się Robert Gliński, który już wtedy chciał robić film o Katyniu. Mniej więcej po trzech miesiącach pracy, bez żadnej umowy, dostaliśmy nagle z Jerzym Janickim od pana Rywina depeszę: "Z powodu kanikuły przerywamy prace literackie". Lew Rywin nie uznał nigdy za stosowne niczego tłumaczyć, a nasza praca trafiła do szuflady.

Również Rywin produkować miał inny "katyński" projekt Roberta Glińskiego wg scenariusza Cezarego Harasimowicza. Prace były zawansowane, reżyser przygotował dokumentację, główną rolę miał grać Marek Kondrat. Pamiętam, jak w wywiadzie Rywin zapewniał mnie, że film powstanie. Stało się inaczej.

Jakieś 15 lat temu zamieściłem w miesięczniku "Kino" coś w rodzaju streszczeń dziesięciu scenariuszy. Były to gotowe projekty filmów, na które, jak uznałem wówczas, nasze społeczeństwo czeka, i które jesteśmy zobowiązani nakręcić w ramach odkłamywania najnowszej historii. Część pomysłów pochodziła z moich książek "Czyim ja żyłem życiem" i "Polskie miłości". Było tam mnóstwo tematów i wątków, które teraz inni odkrywają niczym Amerykę… Wtedy próżno czekałem na jakiś odzew. W tych projektach, które z czasem zyskały formę cyklu filmowego o polskich miłościach, znalazły się historie przedstawiające dramaty emocjonalne Polaków od 1945 roku do współczesności. Wszystkie oparte na prawdziwych wydarzeniach, pokazujące polityczno-historyczne uwikłania zwykłych ludzi, będące próbą odkłamania ich życiorysów. To nie były wyłącznie opowieści tragiczne, ziejące rozpaczą dramaty otchłani, ale także historie humorystyczne, niemalże komediowe. Zresztą zawsze powtarzam: każdy dramat może być komedią, jeśli zmieni się optykę widzenia.

"Polskie miłości" to, podobnie jak jeden z najsłynniejszych seriali TVP "Dom", kawał naszej historii wprzęgnięty w emocje bohaterów. Ten mechanizm sprawdza się fantastycznie. O ile wiem, Michał Kwieciński, producent "Katynia", zabiega o realizację "Polskich miłości" w TVP.

Powiem szczerze: od czasu "Domu" jakoś nie wierzę w tę instytucję. Realizacja drugiej serii tego cyklu kosztowała nas zbyt wiele zdrowia, reżyser Jan Łomnicki był u kresu wytrzymałości, przerwy między kolejnymi odcinkami trwały po kilka miesięcy, co chwilę wstrzymywano produkcję, bo telewizyjni biurokraci nie mogli się na nic zdecydować. Ciągnęło się to latami, koszty rosły, aktorzy się starzeli, niektórzy poumierali, teksty trzeba było wciąż aktualizować... Zapłaciłem za to poczuciem kompletnej niemożności i odciąłem się całkowicie od fortecy na Woronicza, zostawiając to losowi i producentom. Ja już nie mam ani siły, ani czasu, by skakać przez te płotki, jakie stawiają dziś przed, nazwijmy to, "ambitnym autorem" władcy filmu rynkowego.

50 lat pracy autora filmowego i worek sukcesów na koncie nie są wystarczającą rekomendacją?

Najwyraźniej nie. 50 lat mojej pracy dla filmu minęło w ubiegłym roku - pierwszy scenariusz napisałem w 1956, w oparciu o moją książkę "Gwiazdy w kałużach", a dokładniej o opowiadanie "Wielkie słońce". Wbrew tytułowi nie było to o Józefie Wisarionowiczu Stalinie, była to prawdziwa historia chłopca, który wychodzi z więzienia w 1956 zamknięty za działalność w licealnej organizacji niepodległościowej. Dziewczyna się od niego odwraca, pracy nie może znaleźć, wyjechać nie może, w końcu próbuje popełnić samobójstwo. Film nie powstał z przyczyn cenzuralnych, a miał być nakręcony w zespole Antoniego Bohdziewicza. Od tamtej pory, przez te pół wieku, takich opowieści, które leżą w moich szufladach, jak zwykł mawiać Melchior Wańkowicz, "na Powązkach autorskich", odkłada mi się całe mnóstwo.

Odkąd obejrzałam niemieckie "Życie na podsłuchu", wciąż zadaję sobie pytanie, dlaczego nie powstało w Polsce. Niemcy, Czesi, Węgrzy, od 17 lat przełamują tabu swej powojennej kultury. Dlaczego my uciekamy od własnej pamięci i własnej historii? Wstyd, że o Solidarności nakręciliśmy tylko "Rozmowy kontrolowane". Po latach po temat sięgnął Volker Schlondorff, którego odsądzamy od czci i wiary, bo nam się nie podlizał.

Jako pisarz i scenarzysta mogę jedynie zapyta: co mogłem zrobić, by te historie, kipiące od emocji, wcale nie mniejszych niż te, jakie wzbudza wspaniałe "Życie na podsłuchu", stały się inspiracją dla filmowców? Wyjść na targ i handlować nimi? Taka już dola scenarzysty, że bez reżysera i producenta nie może zaistnieć. Co poradzę na to, że przez ostatnią dekadę powstało tyle głupawych komedii o bandytach, pościgach i PGR-ach przerabianych na hurtownie? Dlatego swoich studentów ostrzegam: życie scenarzysty to łza. Pisarz ma obowiązek wierzyć jedynie w słowo. Naszych filmowców zaś - znacznie bardziej niż stawianie sobie i innym trudnych pytań - interesuje szukanie tego, co ustawi ich w panteonie filmowych godności, no i co napędzi im widzów. Dziś gonią wyłącznie za frekwencyjnym sukcesem, pilnie bacząc, z której strony wieje wiatr łaskawości władzy. I właśnie dlatego teraz, gdy nagle jest zapotrzebowanie na robienie, nazwijmy to, "rozliczeniowego kina", zaroiło się od takich projektów. Już trwa przepychanka, by zagrać w orkiestrze z obecną władzą, która odkłamanie historii traktuje jak misję. Już zaroiło się od projektów, które mają szansę jej się przypodobać. Czemu nikt nie chciał ich robić, gdy wymagało to wysiłku i ryzyka? Kiedy czuje się prawdziwą potrzebę powiedzenia czegoś ważnego od siebie, wtedy niestraszne żadne przeszkody. Problem w tym, że nasi filmowcy jej nie czują. Czekają na gotowe oferty, bez oporów ulegają modom - to jest na fali, a na to będzie kasa. Skoro do głównego nurtu kina, trafiły takie filmy jak dzieło Donnersmarcka, za moment pojawią się jego polscy naśladowcy. Tyle, że nie będzie to przejaw nagłego przebudzenia, lecz czysty koniunkturalizm, sami twórcy zaś, niestety, będą już jedynie mniej lub bardziej zdolnymi kopistami.